MZ ETZ 150

WYJAZDY



Strona Główna
Co nowego...
Moje Motocykle
Usprawnienia MZ
Wyjazdy
O mnie...
Linki
Księga Gości...
II OGÓLNOPOLSKIE SPOTKANIE WŁAŚCICIELI I SYMPATYKÓW MOTOCYKLI MZ

   Decyzja o wyjeździe zapadła u mnie dosłownie w ostatniej chwili, gdyż od dłuższego czasu planowałem wyjazd do Szczecina. Mam tam znajomego (pozdrawiam!!:) ), którego znam już 8 lat ale ani razu go nie widziałem. Pech chciał że wyjazd musieliśmy odwołać ze względu na to, że Paweł w długi weekend musiał iść do roboty :(. Dowiedziałem się o tym w czwartek, więc decyzja musiała by szybka... Długi weekend... siedzieć w domu grzech... decyzja: jadę do Borek :) Skontaktowałem się z X-Manem, który to już wcześniej w spawie wyjazdu pisał do mnie na maila...a co było dalej możecie przeczytać poniżej....

Jechaliśmy w 3 ETZ’tki

X-Man i X-Lady na ETZ 251
Abot na ETZ 250
Ja na ETZ 150

PIĄTEK

   Ze szkoły w Poznaniu wracałem dopiero w czwartek wieczorem więc wszystkie przygotowania musiałem poczynić w piątek przed wyjazdem. W czwartek załatwiłem jeszcze namiot od Borówy i karimatę od Kamila. W piątek od rana padało, wiec pierwsze co kupiłem to kombinezon przeciwdeszczowy w hurtowni budowlanej:) Kosztował mnie całe 28 zł i powiem szczerze sprawdził się naprawdę dobrze :). Kupiłem też łatki do opon, zapasową świece i trochę jedzenia. Gdy spakowałem cale żarło i ciuchy do torby na bak, przystąpiłem do pakowania wszystkiego na moją etkę. Po małych perturbacjach byłem gotów do drogi:).

Komu w droge temu miksol :)

  Do Poznania wyjechałem jakoś po 10 a zajechałem przed 12. Lało całą drogę i już w połowie trasy w butach mi chlupało. Pierwsze co zrobiłem to pojechałem na moją chatę w Poznaniu licząc na to że może Koza, mój kumpel z pokoju już wrócił z zajęć. Niestety nikogo nie zastałem ale okazało się na szczęście, że już jedzie do domu. Przebrałem się, zjadłem co nieco i zaraz po wyjeździe z chaty pojechałem do budowlanki kupić sobie gumiaki, gdyż jechać jeszcze ponad 300 km w zgnojonych butach mi się nie uśmiechało. W kiblu marketowym przebrałem się w nowy nabytek, odwiozłem klucze od budy Kozince i pojechałem na spotkanie z X-manem. Po małych kłopotach z dojazdem zobaczyliśmy się pierwszy raz w życiu. U niego w domu poczekaliśmy jeszcze na Abota, który również zabłądził i koło godziny 14 wyjechaliśmy do Borek  Na trasie nie działo się nic specjalnego a awarie na drodze miał tylko X-man. Mieliśmy 3 awaryjne postoje. Raz staliśmy ponieważ przytkał się kranik i moto niedostawało paliwa a drugi był przez zamokniętą fajkę. Więc nic poważnego.

Pierwszy postój na trasie...

  Trzeci awaryjny postój miałem ja, ale po prostu zabrakło mi paliwa. Spuściliśmy pół litra od Abota (dzięki!) i tak dokulaliśmy się na najbliższą stacje. Szybkie tankowanie i w drogę:) Postój na sprawdzenie trasy mieliśmy tylko jeden, ale nie pamiętam gdzie. Gdy tak staliśmy zatrzymał się koło nas gość na wiśniowym chopperku, więc pogadaliśmy z nim trochę pozdrowiliśmy się na pożegnanie i ruszyliśmy w dalszą drogę...

Sprawdzamy trasę :)

  Do Borek zajechaliśmy koło godziny 22 już zupełnie w nocy. Pod koniec trasy moja etka zaczęła dziwacznie chodzić. Nie mogła się wkręcić ponad 5 tyś ale na ucho już wiedziałem co ją boli. W każdym razie dojechałem na miejsce bez problemu. W Borkach przywitał nas komitet powitalny (niestety o ciemku nie widziałem kto w tym komitecie był ;) ) i zaczęliśmy się rozpakowywać. W międzyczasie spojrzałem na licznik. Przejechałem tego dnia dokładnie 415 km... Nie myślałem już o niczym innym jak o spaniu, a przede mną był jeszcze problem rozbicia namiotu ;) Takiego iglaka rozbijałem pierwszy raz w życiu i do tego po ciemku. 15 minut zgłębiałem jego konstrukcje i pomocą Abota udało się go postawić ;) Czegoś w nim jednak brakowało... Nie było śledzi!! ;) Co zrobić tropik zawiązałem o pobliskie krzaki i nie było źle. 4 śledzie podarował mi ze swojego namiotu Abot i mój domek był gotowy :)

Mój obóz... (ten niebieski)

  Wlazłem do niego i okazało się że znowu mam problem... Wodoodporna torba na zbiornik okazała się nie być wodoodporna i moje ciuchy na zmianę dosłownie ociekały... Niewytrzymała biedaczka ponad 200 km jazdy w ciągłym deszczu. Dobrze ze chociaż ja byłem suchy. Kombinezon za 28 złotych a nie przedostała się przez niego nawet kropelka wody!! Polecam!! W torbie mokre były tylko rzeczy więc prawdopodobnie wciągnęły tą wodę do środka, aparat i wszystko inne co wiozłem było suche. Noc była zimna... spałem zwinięty w kłębek owinięty śpiworem. Nic nie mogło wystawać poza mój kokon, bo od razu robiło się kurewsko nieprzyjemnie. Zasnąłem koło drugiej w nocy...

SOBOTA

Wstałem koło godziny 9, ogarnąłem się trochę i polazłem na śniadanko. Ciepła zupka byłą jak ambrozja :) Okazało się też, ze nie musze mojej maszyny na dyktę odpalać bo stała tam kuchenka gazowa (niestety nie wiem kogo, DZIEKI!!)

Gotowanko... BARSZCZYK :)

  Po śniadanku Buła zabrał się za jego Etkę gdyż nawaliła w drodze do Borek. Okazało się że duże koło zębate (przy sprzęgle) pozbyło się wszystkich zębów. Awaria niestety bardzo poważna, więc do domu w niedziele Buła jechał z Jackiem samochodem z etką na pace :) Ja również zajrzałem do mojej bryncki i stało się to czego się spodziewałem. Zniknął odstęp na nowych platynkach. Mała regulacja i etka chodzi jak nówka:)

Etka Buły... niestety dalej nie pojedzie... :(

Po jedzeniu pochodziłem trochę, zapoznałem się z ludźmi i pojechaliśmy na zwiedzanie. Na początku polecieliśmy zobaczyć niebieskie źródła. Był to park, w którym woda była niebieska;). Nie było tego niestety widać, bo nie było słońca, ale spacerek alejkami parku był:) Wg Rofa naszego przewodnika woda tam przechodzi przez jakieś warstwy piasków nabiera koloru i wybija do góry...:)

Pod niebieskimi żródłami...

   Po spacerku pojechaliśmy zobaczyć kompleks bunkrów w jeleniu. Mieliśmy tam przewodnika, ale gość gadał tak cicho, że słyszeli go tylko Ci którzy stali / szli obok niego. Z całego kompleksu zostały właściwie tylko ruiny (złomiarze tu wydatnie pomogli), ale i tak całość robiła wrażenie...


Pod bunkrem...

.

I wewnątrz..

Z bunkrów kulneliśmy się na ciekawe skałki. Oczywiście zdjęcie grupowe obowiązkowe:)


Z stamtąd ruszyliśmy zobaczyć tamę, ale nie zwiedziliśmy za dużo, ponieważ wszyscy byli już bardzo głodni i morale było zbyt niskie na kolejny spacer ;) Czas na powrót do domku na ciepły obiadek. Tym razem odpaliłem moją kuchenkę i okazało się że nie jest taka najgorsza. Do podgrzewania jedzenia nadaję się w zupełności natomiast zagotować nią wodę było bardzo ciężko. Chodzi o to, że to ustroństwo miało bardzo długi czas uzyskiwania pełnej sprawności bojowej, więc na herbatę trzeba było i pół godziny czekać :( Ale nie tylko moja maszyna tam była, wiec radziliśmy sobie wspólnie :)

Moje cudo..:)

Najlepszy był ruski prymus. Rok nie przepalany ział ogniem na wszystkie strony :) Śmiechu z nim było co nie miara ;)

To się nazywa płomień ;)

   Po obiadku przyszła kolej na konkursy. Była wolna jazda i nietypowy slalom... W wolnej jeździe poległem przed samą metą z WSK 125 ale walka była zacięta;) Konkurs wygrał wyglancowany Janek i było to zwycięstwo zasłużone :) Opanowanie maszyny wzorowe.

Wolna jazda...:)

  Dalej był slalom. Polegał on na tym, że biegło się z maszyną w tył miedzy kubłami, następnie odpalało brykę i jechało slalomem w przód :) Walka była zacięta ;) Traf chciał że miałem w tym konkursie pierwsze miejsce i pewnie dlatego że miałem 150’tke ;) W każdym razie śmiechu było przy tym full i właściwie liczyła się dobra zabawa a nie to kto które miał miejsce. Przynajmniej ja to tak odbierałem i myślę że wszyscy, którzy tam byli nie myśleli inaczej...

Z etką na wstecznym....:)

   Po zakończonych konkursach przyszła pora na ognisko i na wręczenie nagród. Były nagrody za konkursy, najdłuższy przebyty dystans, najstarszy motocykl. Atmosfera była zajebista, tylko pogoda nie taka. Zaczęło padać i musieliśmy się szybko ewakuować. Impreza przeniosła się w miejsce gdzie rano robiliśmy sobie śniadanie i trwała do późnego wieczora. Gdy impra już przygasała poszliśmy z Abotem spać...


NIEDZIELA

Rano znowu to co zwykle: Ciepła zupka po zimnej nocy :) a dalej pakowanie i szykowanie do odjazdu. Abot z X-manem i X-Lady wyjeżdżali wcześniej, zmyli się już koło 12. Ja natomiast miałem jechać do Karpacza ale ze względu na chujową pogodę zrezygnowałem z tego pomysłu. Z Borek wyjechałem koło godziny 14, strzelając na trasie co jakiś czas zdjęcie jakiegoś ciekawszego obiektu. W drodze powrotnej miałem znowu ulewy i co najmniej 150 km w deszczu jechałem. Do domu dokulałem się trochę zmarznięty około 22...

Śrem... ostanie zdjecie na trasie...

Podsumowując:

Zrobiłem w sumie 860 km i spaliłem średnio 3,8 litra na 100 km. Na trasie (oprócz braku paliwa;) ) nie stało mi się absolutnie nic, co mogło uniemożliwić dalszą jazdę. Wyjazd był bardzo udany!! Wielkie brawa dla organizatorów, za wspaniałą imprezę!!!! DZIĘKI!! Bez dwóch zdań, za rok przyjadę znowu!! :)


Moje trofeum :)

copyright: intr