|
Borne
sulinowo... Korzystając z resztek słonecznej pogody mając jednocześnie chęć na bardziej aktywne spędzenie weekendu zapadła decyzja o wyjeździe do wymienionego w tytule miejsca. Borne Sulinowo, była baza wojsk niemieckich a po wojnie rosyjskich do czasu wyjazdu tych ostatnich owiana byłą tajemnicą. Na mapie Polski, miasto pojawiło się dopiero w 1992. W latach 1945-1992 istniała tam infrastruktura wojskowa mieszcząca wg znanych mi źródeł 25 tyś żołnierzy. Po upadku związku radzieckiego w latach 91-92 wyjechało stąd 570 czołgów, 1776 transporterów opancerzonych, 151 samolotów bojowych, 41 śmigłowców, 196 mln 584 tys. ton zapasów materiałowych, w tym 46.053 tony amunicji. (źródło) Utrzymanie tej gawiedzi spoczywało oczywiście na nikim innym jak na polskich podatnikach. W czasach, gdzie wszystko było na kartki ruskim nie brakowało nic... No ale długa to historia. Zainteresowanych odsyłam do źródła, które podałem wyżej. Może zachęci Was do wyjazdu. Wycieczkę rozpoczęliśmy w sobotę o 13 by ok 16 dojechać na miejsce. Pierwszym przystankiem było gospodarstwo agroturystyczne w Nadarzycach, oddalonych od Bornego o 17 km. W samym mieście, które żyje w zasadzie z turystyki za dobę chciano nas wykasować na 120 zł i suma ta, zdecydowanie się nam nie spodobała. 17 km dalej i nocleg w pokoju z kompletną łazienką mieliśmy za połowę tej kwoty. W samych Nadarzycach warto się przejść z mapą, kompasem lub gps'em i poszukać zaszytych w lesie bunkrów. My takiej szczegółowej mapy jeszcze wtedy nie posiadaliśmy, więc wieczór minął na sączeniu zupy chmielowej i niczym nieskrepowanym relaksie na świeżym powietrzu ;) Dnia następnego, z samego ruszyliśmy rana zwiedzić same Borne... Miasto równie ciekawe jak jego historia. Niektóre po rosyjskie budynki zostały już zaadoptowane na mieszkania, a pośród nich stoją jeszcze surowe, chyba koszary bez okien, drzwi. Kompletne pustostany, dostępne dla każdego (choć niewszystkie). Niektóre z tych budynków są już niestety ogrodzone, albo zamknięte na 4 spusty, jak np. dom oficera (duży okazały budynek na zdjęciach poniżej), ale warto chociaż obejść całość dookoła, Motocyklem można tu dojechać wszędzie, choć nie po oficjalnych drogach. Już na początku powinienem zaznaczyć, że przyjazd tutaj bez szczegółowej mapy w zasadzie mija się z celem. W Bornym jest co prawda informacja turystyczna ale nieczynna w niedziele a w normalne dni pracują tu od 7 do 15 ;) Tak więc użyteczność tylko dla ludzi na emeryturach ;) Gdyby spotkała Was taka niemiła niespodzianka, mapkę można nabyć w prywatnym muzeum o wielkości garażu dla samochodu wymiarów malucha :P Wstęp kosztuje całe 2 zł i dla samej idei popatrzenia nie warto byłoby tam wchodzić. Sytuację nadrabia sam właściciel, który opowiedział nam sporo o historii tego miejsca przedstawiając pochodzenie i znaczenie zgromadzonych tam eksponatów. Rosyjskie
napisy zachowały się na niewielu budynkach
Dom
oficera...
Klimat jak w Resident Evil... Dookoła cisza a wokół jedna ruina...
Muzeum...
Z Bornego po drodze zahaczyliśmy o cmentarz rosyjski i polski, a dalej droga wiodła w kierunku wrzosowisk. O tej porze roku widok na całość nie robił aż takiego wrażenia, ale i tak warto tu przyjechać. Droga to gruntówka, z resztkami asfaltu i dziurami na pół koła. Droga prowadząca na punkt widokowy na wzniesieniu, to sypki piach, ale dla Etki niestraszny. Można było śmiało pakować się pod górę rozdzierając panującą cisze jednym wielkim grrrrrrrrr :P I za to właśnie kocham ten motocykl. Choć czasem denerwuje mnie okrutnie niektórymi swoimi, już fabrycznymi przypadłościami w stylu przepustnicowego gaźnika dellorto, którego uregulowanie bez analizatora spalin i colortune graniczy z cudem (wymieniono go na podciśnieniowy BING dopiero w 95 jak zgłaszano z nim problemy). Jednak w podróży sprzęt odwdzięcza się wszystkim tym, co dla mnie najlepsze ;) I już ostatni punkt wycieczki. Kłomino, miasto niezamieszkałe. Jeden z budynków zaadoptowało nadleśnictwo a reszta stoi, bez ram okiennych, drzwi. Warto to zobaczyć i najlepiej pieszo, bo wszystko co metalowe wyjechało już dawno na złom - łącznie z pokrywami studzienek kanalizacyjnych :P I tak, po szybkiej strawie, jednym postoju na hotdoga na trasie i kawie na punkcie widokowym nie pamietam gdzie dojechaliśmy szczęśliwie do domu. Polecam się wybrać w to miejsce, bo część budynków jest wyburzana, niektóre przebudowywane i za kilka lat może nie być już śladu po tym jakie „pamiątki” zostawili nam towarzysze ruskje... Polecam! |
|||||||||