MZ ETZ 150

WYJAZDY



Strona Główna
Co nowego...
Usprawnienia MZ
Wyjazdy
O mnie...
Linki
Gruzja...

Dlaczego Gruzja ? Sami nie wiemy. Być może dlatego, że kraj w wielu motocyklowych (i nie tylko) relacjach reklamowany jest jako ponadnormatywnie gościnny i przyjazny szczególnie polskiemu turyście. Zapadła więc decyzja - że tam – bo w sumie dlaczego nie. Pojechaliśmy tylko we dwoje na starej poczciwej MZ’cie. Obyło się więc, bez specjalnych przygotowań. Po szybkim rzucie okiem na standardowe punkty serwisowe nabrałem przekonania, że chyba dojedzie. My prócz koniecznych flepów zabralim dodatkowo typowo krosową oponę na tylne koło.

Plan pierwotny na tą wyprawę zakładał wyjazd w środę, odwiedziny u znajomych na wschodzie Polski i dwukrotny przejazd przez Ukrainę. Nie wypalił. Z przyczyn finansowych musimy przełożyć tourne na sobotę, rezygnując tym samym z taniej jazdy wschodem i spotkań towarzyskich, na rzecz drogiej jazdy lądem przez Turcję. Powodem takiego stanu rzeczy był prom, który z Odessy odpływał w poniedziałek, a na który nie mieliśmy już szansy zdążyć. 

Wyruszyliśmy z Międzychodu w godzinach przedpołudniowych i co tu dużo pisać, jechaliśmy, jechaliśmy, jechaliśmy aż dojechaliśmy w końcu do granicy gruzińskiej. W trasie bez większych przygód. Przepaliło się włókno tylnej pozycji. Ogarnąłem na pierwszej lepszej stacji jeszcze chyba na Węgrzech. Drugą usterką była awaria opony przed samą granicą z Gruzją. Prawdopodobnie pękła osnowa i wyszedł z boku bąbel. Dobra okazja, by zmienić na terenówkę. Szczęście do pogody mieliśmy tak do połowy Turcji. Później nas nie oszczędzało. Lało praktycznie codziennie do samej granicy i kawałek za nią. Kilka widoków ze wschodniej Turcji.











Wymiana opony

Byliśmy tak zziębnięci, zmęczeni i mokrzy, że zaraz za granicą wynajęliśmy pokój w jakimś przydrożnym hotelu. Po rozeznaniu rozpiętości cenowej jasne stało się, że tanio w tym kraju nie będzie. Pierwszy nocleg kosztował nas bodej 80 ichnich. Nauczyli się już, ze zachodni turysta ma inny cennik przy tym samym wschodnim standardzie. Rozpoczynamy część właściwą wyjazdu. Po zakwaterowaniu tankujemy pierwsze Gruzińskie wino i ustalamy plan na dzień następny. Gdy flaszka „pęka”, idziemy spać.  



Gruzińskie przejście graniczne

Pierwszy punkt na liście miejsc do odwiedzenia – twierdza Gonio – znajduje się praktycznie zaraz za granicą. Jeszcze przed Batumi. Wewnątrz ... hmm. Rudera ;) Widać, ze turystyka dopiero raczkuje. Prócz kilku okazów ciekawej roślinności, w klamotach odnajdujemy strzępy jakiegoś pradawnego rurociągu. Jest też muzeum, w którym zgromadzono wszystko to, co odkopano na terenie twierdzy.



Twierdza Gonio

Kierujemy się do Batumi, ale w założeniu robimy je tym razem tylko przejazdem. Miasto jest naszą bazą końcową (prom), więc nie było sensu marnować tutaj czasu. Po znalezieniu knajpy, zlokalizowaniu bankomatu i wypłaceniu większej ilości gotówki (konieczność, bo o płaceniu kartą czy bankomatach w mniejszych miejscowościach można pomarzyć) idziemy na obiad. Zamawiamy pierwszy specjał kuchni gruzińskiej – Chinkali. Są to wypełnione rosołem i mięsem ala pierogi w kształcie sakiewek. Sposób ich spożycia jest ściśle określony ;) Je się rękoma, chwytając za zakończenie sakiewki. W pierwszej kolejności nadgryzamy ciasto i wysysamy rosół. Dopiero później można bezpiecznie przystąpić do żarcia na zasadzie chaps i nie ma. Po obiedzie ustalamy trasę i wyruszamy z Batumi w kierunku Akhaltsikhe. 


Na mapie wyglądało jak dobry skrót między kolejnymi krajówkami, a z grubości kreski i koloru na mapie wynikało, że będzie asfalt prima sort. Nie było... ;) Jedziemy sobie spokojnie na drogach bez zabezpieczeń, podziwiając widoki i uważając przy okazji na kierowców minibusów. Przejawiają oni – jak zresztą wszyscy kierowcy samochodów – skłonności samobójcze i trzeba na nich naprawdę uważać.



Zaraz za Batmumi droga jest w dobrym stanie.


W Gruzji można spotkać wiele takich mostów.

Europejskie zasady ruchu drogowego w Gruzji, jeszcze nie obowiązują. Jakoś na godzinę przed zachodem słońca rozglądamy się za noclegiem. Zagadujemy, a właściwie Zosia zagaduje miejscowych pod sklepem z winem o kawałek trawnika na namiot. Jeden z nich prowadzi nas na miejsce niedaleko górskiego strumyka. Na miejscu jest woda pitna - nic więcej nam nie trzeba.


Z rana ruszamy dalej. Po drodze zajeżdżamy pod klasztor w Khulo, który okazuje się być remoncie. Jedziemy więc bez pośpiechu, praktycznie cały czas pod górę i we mgle. Docieramy do najwyższego punktu Adżarii, wyjeżdżamy w końcu z chmur i zaczyna się rewelacyjna pogoda. Widzimy w końcu Kaukaz w całej okazałości.


Zaczyna się jazda w dół, przejazdy przez strumienie przecinające drogę i tego rodzaju atrakcje. 






Po paru kilometrach jesteśmy pod klasztorem w Dandalo. Pod wejście prowadzi stromy podjazd po luźnych kamieniach ale MZ’ta nie protestuje. Silnik przyjemnie ciągnie z dołu, wystarczą 2 tyś obrotów i nie ma góry, pod którą nie da się spokojnie podpyrkać. Byle przyczepność była więc kostka tutaj jest nieoceniona. 



Klasztor w Dandalo

Po zakończeniu zwiedzania decyduje się nie wracać tą samą drogą na główną ścieżkę, tylko pojechać dalej szlakiem, który wg nawigacji istnieje. Droga w normalnym wydaniu hmm... kiedyś pewno była. Nadawała się do przejścia pieszo, bo przypominała wysokogórski szlak turystyczny w tatrach.. Do jazdy obładowanym motocyklem i we dwoje ciężka, ale odpuścić nie miałem zamiaru. Bez Zosi na pace dało się i to przejechać ;) W końcu między innymi po to przyjechałem do Gruzji :)



Alternatywna droga w dół.

Lepsza droga zaczynała się dopiero w miejscowości Adigeni i prowadziła dalej do Akhaltsikhe, gdzie coś miało być, ale nie było ;) Dojeżdżamy do miejsca docelowego – Wardzi – miasta wydrążonego w skale. W części jest ono ciągle zamieszkałe przez mnichów. W zasadzie nie ma czego tutaj opisywać. Zdjęcia po części oddają klimat tego miejsca. Zdziwiła nas tylko ilość policji porozrzucanej po całym kompleksie. Okazało się, że trafiliśmy ze swoim przyjazdem w czas wizytacji Wardzi przez Sakaszfilego. 



Zator ;)





Po drodze, na zakręcie na Wardzie znajduje się miejscowość Khertvisi i zamek na wzgórzu, ale nie wydał nam się na tyle interesujący, aby wejść/wjechać do środka. Zwiedziliśmy go jedynie z zewnątrz.



Zamek w Khertvisi.

Kierunek – stolica Gruzji. Wybieram boczną drogę. Jak się okazuje przez kompletne pustkowie. W mijanych co jakiś czas wioskach bieda aż piszczy, psy dupami szczekają a mieszkańcom nie patrzy zbyt dobrze z oczu. Wszędzie stosy suszonego krowiego łajna, domy rozlatują się ale od czasu do czasu widać młodzików w dobitym BMW dymiącym jak T34. Mam pewne obawy o nocowaniu u kogokolwiek w tym regionie. Zaczyna się robić ciemno a miejsca na nocleg nie widać. Teren - wielki płaskowyż, na którym nie ma nawet większego krzaka. 


Po nastu kilometrach na horyzoncie pojawia się monastyr nad jeziorem. Postanawiam zaryzykować, zajechać i zapytać o miejsce  na namiot. Zgadzają się, ale niektórzy z nich nie wyglądają bynajmniej na zadowolonych. Cóż... Wyboru nie ma, zachód za kilka minut, więc rozbijamy się z zamysłem szybkiego opuszczenia miejsca w godzinach rannych. Przynajmniej jest względnie bezpiecznie. Nie są wyraźnie chętni do rozmowy z kobietą a na tym wyjeździe to Zosia odpowiadała za komunikacje po rosyjsku. Przed snem poczęstowali nas co prawda herbatą, ale czuć było, że atmosfera sztywna. Jeszcze przed samym snem jeden z tych najbardziej naburmuszonych prosi mnie na stronie i informuje – NO SEX, NO SEX :P Da, Da, mówię i idziemy spać. Dookoła namiotu cały czas biegał miejscowy pies imieniem Butki-Butki i swoim warczeniem robił za system wczesnego ostrzegania. Miejscowość – Poka. 

Noc mija bez żadnych ekscesów. Budzimy się, szybka toaleta i gdy mamy się już zbierać przychodzi do nas ten od „no sex” i zaprasza na śniadanie. Mając na uwadze sztywność atmosfery dnia poprzedniego dziękujemy, ale koleś nalega i jakiś dziwnie uprzejmy się zrobił. Nic to, w sumie nie mamy nic do stracenia. Tym razem jednak miłe zaskoczenie. Kawka, herbatka, jakieś żarło na stole i nawet kilka zdań szło wymienić. Ciekawe to było doświadczenie. W zasadzie nie za bardzo wiadomo było co, jak i dlaczego, ale ostatecznie pożegnaliśmy się w miłych nastrojach. 

Przy okazji pobytu w okolicach monastyru inna sprawa, która rzuciła się w oczy. Przepaść pomiędzy standardem życia mieszkańców, a standardem życia duchownych. Można powiedzieć, że Ci drudzy żyją jak pączki w maśle i praktycznie od rana chodzą nachlani. Na mój gust przynajmniej w biednych regionach Gruzji kościół ma jeszcze dominującą pozycje i wygląda to podobnie jak w średniowiecznej europie. 

Kierunek Tbilisi gdzie po chwili poszukiwania adresu załapujemy się na dwa ostatnie miejsca w domu u pani Iriny. Miejsce opisywane praktycznie w każdym przewodniku po Gruzji swoją sławę zawdzięcza specyficznemu klimatowi i przede wszystkim samej Irinie, która jest bardzo otwartą i pomocną kobietą. Standardowe pokoje są koedukacyjne. W naszym, na powierzchni ok. 10 metrów kwadratowych stały cztery piętrowe łóżka. Ekipa międzynarodowa: dwie osoby ze stanów, dwóch Niemców, Czech, Fin i nasza dwójka z Polski. W godzinach wieczornych gdy wszyscy już zlądowali w pokoju spora ilość browara sprzyjała integracji :)


W każdym razie zanim wieczór nastał rozpłaszczyliśmy się, przebraliśmy w normalne ciuchy i wyruszaliśmy z przewodnikiem na zwiedzanie miasta. Nie pamiętam już z nazw wszystkich odwiedzonych miejsc. Policji pełno, funkcjonariusz praktycznie na każdym rogu. Widać też spore kontrasty. Np. po prawej luksusowy dom prezydencki, a na tej samej ulicy po lewej dom, który nie byłby wstanie stać o własnych siłach... Obok flag Gruzińskich dyndają flagi unii europejskiej a przed ministerstwem spraw zagranicznych tablica informująca „nasz główny cel w polityce zagranicznej to wstąpienie do NATO” czy coś takiego. Samo miasto sprawia pozytywne wrażenie. Kilka foto z samego Tbilisi daje dobre wyobrażenie, czego można się tam spodziewać. 







Po prawej to...


po lewej to...











Oczywiście nie zabrakło też zwiedzania knajp z gruzińskim żarciem. Tym razem jakieś szaszłyki, wątróbka w zieleninie i piwo. Nazw nie pamiętam, ale było dobre ;) Wieczór, jak wspomniałem wcześniej, upłynął na rozmowach na przeróżne tematy o zasięgu międzynarodowym. Spać poszliśmy późnym wieczorem.

Rano zupełnie bez pośpiechu wyjechaliśmy w okolicach 12 w kierunku David Gareja. Miejsce w przewodniku opisane jako szczególnie urokliwe i ważne dla samych Gruzinów. Dojazd to 40 kilometrów przez kompletne pustkowie, a na miejscu co ?


nic... Tzn. coś było, ale nie tak oczojebne jak sobie to wyobrażaliśmy. Wg opisu David Gareja to kompleks klasztorny wydrążony w skale. W praktyce zwiedzanie zajmuje nam 15 minut. Podobno idąc gdzieś bokiem po skałach można zobaczyć jakieś jaskinie, malowidła czy hieroglify ale nam nic takiego nie rzuciło się w oczy. Wiele drzwi klasztornych było zamkniętych. Podsumowując - dla nas nic ciekawego a dodatkowo kiepską sprawą jest powrót dokładnie tą samą drogą choć tereny piękne. Wielkie przestrzenie i ani śladu żywej duszy. 






Po powrocie na główną ścieżkę kierujemy się w stronę Signagi. Położone na wzgórzu miasto jest silnie ukierunkowane na zachodniego turystę i trzeba przyznać, że nie przypomina ono Gruzji, którą zwykle mieliśmy okazję oglądać na trasie. Na drogach drogie samochody i przepych ale generalnie wyglądało to tak, jakbyśmy byli jedynymi turystami. Knajp pełno, ale świeciły pustkami. Zdaje się, że tylko one i kasyna były tutaj przeznaczone do zwiedzania ;) Skorzystaliśmy zatem z okazji na odhaczenie kolejnego dania zwanego „czampuri” lub „chaczapuri” i zupy, której nazwy nie pamiętam. Czampuri to coś na kształt pizzy Margarita z jakimś lokalnym serem. W smaku ciekawe, choć szału nie kręci. W Polsce niespotykane. 



Jedyne zdjęcie z Signagi.

Ostatnim punktem tego dnia jest klasztor Alaverdi ale na miejsce docieramy już po jego zamknięciu w okolicach 18. W pobliskich wioskach szukamy więc miejsca na nocleg aczkolwiek tym razem idzie to dosyć opornie. Pierwszy napotkany Gruzin proponuje miejsce na swojej działce zaraz przy rzece. Zapowiada się przyjemnie. Kolo tłumaczy jak dojechać, ale proponowane miejsce było zupełnie otwarte i pełne psów. Rezygnujemy. Ostatecznie przyjmuje nas właściciel jakiegoś warsztatu. Za swoim zakładem miał kawałek ogrodzonego trawnika na którym rozbijamy namiot i idziemy spać. 


Z rana zwiedzamy klasztor. Przyznać trzeba , że jest okazały. Nakręciłem trochę filmów chociaż jak się okazało przy wyjściu, wewnątrz był zakaz jakiegokolwiek rejestrowania czegokolwiek. Cóż, nikt uwagi nie zwrócił. ;)


Szlakiem na szagę obieramy kierunek na Kazbegi do którego prowadzi sławna droga wojenna. Stare opracowania podają, że jest w tragicznym stanie jednak obecnie (2011) znamienita większość jest już wyremontowana. Off stanowi jakieś dwadzieścia ostatnich kilometrów. 


Ciekawszą atrakcją na drodze wojennej jest twierdza Ananuri. Widokowo bardzo przyjemnie położona. Dookoła góry a w dole rzeka o ciekawym turkusowym kolorze. Poniżej kilka zdjęć z samej twierdzy i widoków z drogi wojennej. 












Od samego wjazdu do Kazbegi zatrzymuje nas nagabywacz i proponuje nocleg. Tłumaczy, że w całym mieście nie ma wody z powodu awarii a u niego jest. Decydujemy się zobaczyć hacjendę, ale ostatecznie rezygnujemy. Chciał za dużo jak na gruzińskie warunki. W innej części miasta mamy kwaterę prawie połowę taniej. Po zrzuceniu niepotrzebnych bagaży ruszamy na podbój kościoła Tsminda Sameba, który stał się wizytówką Gruzji. Sławny podjazd pod monastyr w mojej opinii nie jest jakoś specjalnie trudny technicznie. Trudność mogą sprawiać krótkie i strome podjazdy jak i kamienie wystające z drogi na taką wysokość, że spokojnie mogą przemodelować podwozie. Poza tym dla MZ’ty bez większych emocji. Dla pasażera jak twierdzi Zosia podjazd emocjonujący co zresztą słychać na filmach ;) Na górze piękne widoki. Porośnięte trawą góry wyglądają jak pokryte dywanem.







W tle góra Kazbek.

Kilka pamiątkowych zdjęć i tą samą drogą wracamy na bazę. Korzystam z okazji i robię szybki przegląd motocykla. Zauważam pękniecie stelaża kufra tylnego i podejrzaną rysę na ramie pod siedzeniem. Nic jednak nie wymagało ingerencji. Zwiedzamy Kazbegi i lokalne knajpy testując kolejne pozycje w menu. Późnym wieczorem ustalamy plan na dzień kolejny i idziemy spać.


Wyjeżdżamy w godzinach południowych zupełnie bez pośpiechu. Wracając drogą wojenną zatrzymujemy się tym razem przy ciekawym nacieku skalnym. Nie potrafię powiedzieć co to było. Wyglądało interesująco.


Pierwsza stolica Gruzji Mtskheta i kilka zabytków jakie oferuje wygląda ciekawie. Dużo się tutaj remontuje. Lokalne uliczki zupełnie nie przypominają Gruzji. Wszystkiego nam się obejść nie chciało. Do zwiedzania są w większości monastery a na tym etapie wyjazdu dajemy już sobie spokój z tymi mniejszymi. We wszystkich wygląda praktycznie tak samo. Poniżej kilka zdjęć. 




Jedziemy dalej w kierunku Gori. Po dotarciu pędzimy zobaczyć twierdzę, ale w środku nie dosłownie nic – trawa rośnie. Motocyklem krzakami można podjechać praktycznie pod samą górę. Trzeba tylko uważać na spore kamienie obrośnięte trawą. Zosia ma obawy, że babcia nie da rady i w połowie rezygnuje z przeprawy. Ja tam nie daję za wygraną, MZ'ta wjedzie wszędzie ;)



Pod twierdzą Gori.

W Gori jest też muzeum Stalina, ale tego dnia już zamknięte. Jedziemy więc do Uplistsikhe, drugiego skalnego miasta w Gruzji. Obok głównego wejścia znajduje się park, w którym rozbijamy obóz pilnowani przez lokalne psy. Na miejscu balują młodzi Gruzini. Jednego nawet przewiozłem kawałek MZ'tą. Myślałem, że może się zintegrujemy z nimi, ale nie prosili do siebie a  chwilę później zaczęli się tłuc między sobą jak na dyskotece w remizie ;) Alkohol im ewidentnie nie służył, ale do nas żadnych problemów nie mieli. Noc mija bezproblemowo. Rano obstawa nadal na stanowiskach :)



Z samego rana śniadanie i zwiedzanie miasta. Całość wygląda ciekawie, jest stosunkowo rozległe a bilet nie kosztuje majątku. (jak zresztą w całej Gruzji, bilety wstępu są jeszcze bardzo tanie) Chodząc warto zwrócić uwagę na wyryte w niektórych pomieszczeniach inicjały przebywających tutaj w czasie wojen ludzi i daty. 







Wracamy do Gori i już otwartego muzeum Stalina. Cały wielki budynek poświęcony życiu, twórczości, dokonaniom i śmierci. Na placu jest nawet budynek, w którym „wielki wódz” urodził się i wychował a także jego wagon kolejowy. Nie trzeba chyba mówić, że przedstawiają tam trochę inną wersję historii niż ta, którą my znamy. Niemniej zobaczyć warto tym bardziej, ze Polska jest historią ze Stalinem związana.





Pomieszczenie około 60 metrów kwadratowych symbolizuje tylko grób Stalina.


Osobisty wagon pancerny.

Po zakończeniu wycieczki jedziemy do uzdrowiskowej miejscowości Borjomi. Na miejscu nie ma jednak nic, co by nas zainteresowało, więc podejmujemy decyzje o locie do Batumi. Na miejscu wynajmujemy pokój i 4 dni oczekujemy na prom na Ukrainę. 




W międzyczasie przyjeżdżają do nas William na Romeciku i Podo na cbf 500, więc mamy wspólny dzień na mieście i wieczór przy piwie ;) W przeddzień wyjazdu jedziemy też zobaczyć park botaniczny nieopodal Batumi. 









Tańczące fontanny.

Nadszedł w końcu dzień rejsu na Ukrainę.  Z nami ładują się jeszcze 4 motocykle. Dwa z Polski i dwa ze Szwajcarii. Podróż jest długa (3 dni) i nudna. Na promie nie ma nic prócz mini bufetu, gdzie można kupić piwo, kawę lub czekoladę a serwowane w cenie biletu jedzenie smakuje jak ścieki z kanalizacji... 



Jedzenie serwowane na promie... ;)


Po stronie ukraińskiej odprawa to mordęga. Ciągłe latanie z okienka do okienka a w biurach celnych nawet ksero nie funkcjonuje. Tragedia... 



Jedyna rozrywka na promie...

Gdy w końcu udało się wyjechać z przejścia jedziemy we trójkę do momentu, w którym ekipa na Transalpach zatrzymuje się na nocleg w przydrożnym motelu. My nocujemy ładny kawałek dalej a dnia następnego po zaopatrzeniu się w kilka trunków, zatankowaniu do pełna i wszamaniu obiadu jedziemy do Polski. Z przejściem na Ukrainie jak w 2008 - żadnych problemów. Niestety po polskiej stronie również nic się nie zmieniło. Polacy się opierdalają i w chuja tną a kolejka miała dobre kilka kilometrów. Wepchałem się na sam początek, ustawiłem w kolejce do okienka (nie bez problemów oczywiście, bo jakiś kutas ze straży granicznej nieomieszkał się przysapać do nas, co mi się nigdzie na świecie nie zdarzyło.) a odprawa 7 samochodów i nas trwała dokładnie 45 minut Na przejściu w tym czasie dosłownie nic się nie dzieje a kontrola przemytu to była kpina. Nic, przeżyliśmy i to więc pozostało tylko dojechać do domu :)

Podsumowując... Cóż mogę powiedzieć. Ogólne wrażenia pozytywne. Moja babcia po raz kolejny dowiozła nas cało i zdrowo na miejsce nie protestując ani razu. Przejechaliśmy w okolicach 7000 km i wydaliśmy w sumie z promem jakieś 6000 zł jedząc tylko lokalne jedzenie (knajpy lub sklepy spożywcze). Jeżeli chodzi o gościnę - tak samo jak w Polsce. Może mieszkańcy dużych miast jadąc do Gruzji mają prawo być zachwyceni, ale dla nas Polskich „wieśniaków” nie ma żadnej rewelacji. Można by powiedzieć, cudze chwalą swojego nie znają :)

Poza tym kraj piękny. Wysokie góry, dzikość przyrody i niczym nieograniczone przestrzenie. Wolność...



copyright: intr