|
|
Kozienice...
Sprawa przeto niesłychana... Pani chce
poślubić Pana... Słowa te, zerżnięte (choć nie bez małej
modyfikacji ;) ) ze starego, posiadanego przeze mnie zaproszenia
weselnego najlepiej oddają charakter tego wyjazdu. Już na parę dni
przed planowanym terminem uroczystości pojawił się na forum temat, w
którym to Micek zapraszał wszystkich na własny ślub mając
wyraźnie nadzieję na prowadzącą go kolumnę motocykli roztaczających za
sobą przyjemną woń spalonego miksolu ;) Stara zlotowa gwardia zebrała
więc wszystkie siły i ruszyła szturmem na Kozienice. Oczywiście część
ekipy jeżdżącej dwusuwami przygotowała w zbiornikach mieszankę w
stosunku 1:1 ;P
Ja z Międzychodu wyruszyłem około godziny
8:30 a na miejsce dotarłem o 16 fuksem łapiąc ekipę, która już
dawno zebrała się na umówionym wcześniej parkingu. Pierwszym
przystankiem był blok w którym mieszkał albo Micek, albo jego
obecna żona. Ciężko mi powiedzieć ;). Fakt ten większego znaczenia dla
całokształtu nie miał. Ważne, ze tam się zatrzymaliśmy, Młoda para
weszła, potem wyszła przy akompaniamencie kilku muzyków i
odjechała do kościoła eskortowana przez nas. Zostało powiedzieć
sakramentalne „TAK” i już można zapomnieć o wolności,
motocyklach i chlaniu na zlotach razem z kolegami :P
Dalej przyszła pora na życzenia i paradę
dookoła miasta, po której udaliśmy się na miejski ośrodek
wypoczynkowy by rozpocząć biesiadę w gronie tych, którzy nie
musieli odjechać do domu tego samego dnia. O wspomagacze imprezy
martwić się nie musieliśmy, gdyż Micek stanął na wysokości tłumika i
poczęstunek dla wygłodniałej ekipy zapewnił ;)
Muszę powiedzieć że działo się... Na tej
imprezie dowiedzieliśmy się wszyscy, że motocykl na samych oponach stać
nie będzie i bez paliwa raczej nawet na pych nie zapali. Pasztetowa,
która była dla mnie białą kiełbasą na pewno się w ognisku nie
upiecze, a etka Tigera jeździ nawet na ropie :P Tiger swoją drogą, aby
rozpalić gasnące ognisko wylał do niego chyba z pół zbiornika i
cały miksol jaki posiadał :P
No nic, choć czas miło płynął pora zrobiła
się późna i każdy w swoim czasie udał się na spoczynek. Moje
łóżko zajął już wcześniej kolega, który przykrył się
tylko moją kamizelką odblaskową, wiec przeniosłem się do pokoju obok.

Rano pozostało już pakować graty, posprzątać z grubsza syf
i po odwiedzinach Micka z żoną udać się do domu. Zajechałem bez
problemów około 21 razem z bolącą dupą i bogatszym o nowe
przeżycia życiorysem. Etka spisała się jak zwykle rewelacyjnie, ale
pożarła zastraszające 5,5 litra na 100 km. Powód, jak się w domu
okazało - proszący się już o wymianę gównianej jakości filtra
powietrza. Zessał się po 4 tyś km...
|