MZ ETZ 150

WYJAZDY



Strona Główna
Co nowego...
Moje Motocykle
Usprawnienia MZ
Wyjazdy
O mnie...
Linki
Księga Gości...
Na zlot jechaliśmy w 3 maszyny:

  • August z Viki na VF1000
  • Jull z Dorotą na CBR 600
  • No i ja na ETZ 150 :)

Zacznę może od tego że ten zlot był wielką organizacyjną pizdą. Na ulotkach, które znalazłem wydrukowany był oczywiście "plan zajęć", który nijak się miał do tego co na tym zlocie było. Do tego kasę z nas darli na każdym kroku! Ale po kolei....

Piątek

Cała impreza rozpoczynała się według planu w piątek 21 kwietnia o godzinie 17. Mieliśmy plan żeby rozbić sobie namiot aby niepotrzebnie nie przepłacać. Na ulotach były numery telefonów do ośrodka, w którym ów zlot się odbywał i na pole namiotowe. W piątek koło 12 wykręcam numer żeby zarezerwować nocleg: nie ma takiego numeru... to sprawdzam czy się nie pomyliłem i znowu pizda.. Pozostało zadzwonić do w/w ośrodka i zapytać się pani o co tu k... chodzi... Pytam się grzecznie co jest z tym numerem telefonu na ulotkach... a pani na to że ona nie wie... A wie pani może czy na tym polu namiotowym będzie dostęp do prądu? Ta mi na to: "Ale to trzeba zapłacić!!!" (KURWA se myślę), ja wiem że trzeba zapłacić za nocleg, ale czy jak już rozbije namiot to czy będę miał dostęp do prądu, bo nie wiem czy wziąć kuchenkę na benzynę czy na prąd... Nie wiem... Ale że trzeba zapłacić wiedziała. Po 15 minutach znalazła numer. Więc dzwonie...
  • Dzień dobry, ja w sprawie zlotu, który ma się dzisiaj odbyć. Chciałbym zarezerwować nocleg na polu namiotowym..
  • Ale ja nie wiem nic o żadnym zlocie..(!?!?!?!) - poprosiła dyrektora
  • Dzień dobry... - mówię to samo co wyżej...
  • Ale my na żaden zlot nie jesteśmy przygotowani!
Wyszło na to że oni w ogóle pola namiotowego nie mają uruchomionego i o noclegu pod namiotem możemy zapomnieć. Chciał mi wcisnąć domek za 100 zł za dobę, ale podziękowałem... Dzwonie jeszcze raz do organizatorów. Trochę już poirytowany tą sytuacją kazałem dać mi numer do szefa. Dzwonie i mówię o co chodzi... Gość stwierdził że tamci to chuje a oni cacy i że pozwoli mi rozbić namiot na miejscu zlotu... Trochę mnie tym pocieszył, ale co się na denerwowałem to ... W końcu jednak i tak nie rozbiliśmy namiotu, bo pogoda była strasznie pizdowata...


Z Międzychodu wyjechaliśmy koło 19 w cztery maszyny. Dołączył do nas Bogaty na swojej SHL 175. Pogoda nie była najlepsza. Padało, ale jechało się przyjemnie. Prędkość przelotowa oscylowała wokół 70 km/h. Zajechaliśmy na miejsce, a tu cisza. Nie widać ani jednego motocykla! Poszliśmy się więc rozejrzeć i przy barze stało może 6 maszyn, więc nie było źle. Okazało się też, ze Viki i Dorota, które przyjechały z Augustem i Jullem nie zostają z nami ale wracają z powrotem. Oczywistym było że pieszo nie pójdą ;), wiec zrobiliśmy kolejny kurs do Międzychodu.  Na trasie wylotowej ze Sierakowa Jull swoją cebrą pogonił przodem a za nim poleciał August. Ja i Bogaty, który również nie zostawał pyrkaliśmy sobie te 70 i w połowie drogi zaczęło tak lać że trzeba było się zatrzymać. Deszcz jednak nie ustawał i pozostało jechać. Do chaty wleciałem zgnojony jak świnia. Gdy przestało padać wyjechałem z Jullem z powrotem na miejsce zlotu. Sypaliśmy non stop 90 km/h i historia się powtórzyła. W połowie drogi zaczęło znowu lecieć i moje niedawno jeszcze suche ciuchy już takie suche nie były ;) Jechało się bardzo kiepsko, nie było za wiele widać. W pewnym momencie gdy tak sobie leciałem te 90 na drodze dosłownie wyrosła mi jakaś ledwo co oświetlona koparka. Zrobiłem szybki unik, ale patrzę: Julla nie widać. Czekam, czekam nic. Już myślałem że na niej zaparkował, ale po chwili wyjechał i ruszyliśmy żwawo dalej. Zgarnęliśmy po drodze Augusta i pojechaliśmy na zlot. Na wejściu gość znowu zaczyna gadkę o kasę. Próbuje nam wcisnąć wejściówkę za 80 zł nic nie mówiąc, ze można wjechać za 30. Przypomnieliśmy mu o tej możliwości i już byliśmy na zlocie... ;) hmm. Powiedziałem zlocie? Okazało się, ze maszyny które tam stały to były fury znajomych organizatora. Nie było z kim pogadać. Zjechała się tez ekipa lokalnych handlarzy "złomem", ale oni tym bardziej nie byli rozmowni. Każdy z choperków który tam stał na moje oko kosztował grubo ponad 50 tyś. Ze ścigantów były dwie R1, jakaś kawa 1100 i cztery inne, ale z nazwy mi nieznane. Przy okazji jakiś funfel nazwał moją etke komarkiem ale jakoś się tym nie przejąłem. Generalnie był kibel. Czuliśmy się jakbyśmy przyjechali sobie do baru na piwo, a nie na zlot. W dodatku cała zabawa kosztowała już 50 zł, bo za noc w pokoju "trzeba było zapłacić..;)" 20zł. Jedynym pozytywem tego dnia było to że koło 23 pojawił się przejazdem gość na ETZ 250, którego zaprosiliśmy do siebie. Koło godzimy 24 dwóch gości na choperkach zaczęło palić gumę a postali na ścigantach nie pozostali dłużni ;) Jedna R1 nawaliła w trakcie, ale nie wiem co się z nią stało. W każdym razie po jakimś czasie zapaliła. Na koniec wszystkie fury "znajomych" poszły ładnie do garażu i tylko nasze 3 maszyny nocowały pod wiatą. Gdy wszyscy się zwinęli poszliśmy spać...

SOBOTA

Jull jechał do Mchoda pyry sadzić więc wstał już o 7 ;). My natomiast o 8:30. Zwinęliśmy się i pojechaliśmy do Augusta na śniadanie i małe czyszczenie gdyż po wczorajszej jeździe w deszczu fury wyglądały gorzej jak źle...  Gdy tak jechaliśmy na moim liczniku zbliżało się nieuchronnie 30 tyś km przebiegu bez remontu i miałem takiego fuksa że w momencie gdy zatrzymaliśmy się pod domem na liczniku miałem same zera z trójką z przodu :) Koło 12 Jull był już z powrotem i pojechaliśmy na zlot. Okazało się że zjechało się sporo maszyn.

Jedna z ciekwszych...:)

   Na godzinę 13 była zaplanowana parada, ale oczywiście była opóźniona i to 40 minut. Paradę miał prowadzić quad i sam słyszałem (stałem obok) jak organizator mówił "jedziemy nie więcej jak 60 km/h..." Wyjeżdżamy z ośrodka i zamiast się ładnie w kolumnę ustawić bolki na ścigantach ze swoimi pannami na siodłach zaczęli sobie wyścigi robić. "Kolumna" na cała szerokość drogi jechała pod 60, a ci na oko mieli ponad 100. niektórzy bez kasków, z paniami w obnażonymi nogami i rękoma... Szkoda gadać, oczy trzeba było mieć dookoła głowy. Wystarczyło że przemieścił bym się w kolumnie o pół metra w lewo lub w prawo i mogłem zostać skasowany. Dojechaliśmy na rynek w Sierakowie. Zrobiliśmy kilka kółek, niektórzy zostawili też trochę gumy i polecieliśmy do Międzychodu. Tutaj dopiero był sajgon. Na trasie kolumna była tak rozpierdolona że szkoda słów. Jedni jechali sobie 50 niektórzy 80 a w pewnym momencie okazało się że zapierdalam na łeb na szyje 110 km/h. W wyniku takiej sytuacji starsze sprzęty zostały w tyle a Ci z przodu byli hen-hen daleko. Na trasie były i ofiary z tego co słyszałem jakiś cross 125 nie wytrzymał tempa i zatarł się w połowie drogi. Oczywiści nikt się nie zatrzymał, żeby zobaczyć co się stało. Gdy dojechałem z moją częścią kolumny na rynek w Międzychodzie okazało się że Ci z przodu już papierosa zdążyli dopalić a za nami jechało jeszcze sporo sprzętów;) Staliśmy tak może z 15 minut i ruszyliśmy dalej. Znowu trochę gumy się spaliło i znowu zaczął się wyścig. Tym razem była ofiara, gość na gpz 500 pocałował matkę ziemie. Nie widziałem samego zajścia, ale tylko efekt. Jak podjechałem do niego stało tam może 4 czy 5 scigantów. Myślicie że któryś ruszył dupę żeby mu pomóc? Wszyscy siedzą i debatują a gość się za bark trzyma i sam próbuje maszynę podnieść. Jak zobaczyli, że koleś na "komarku" zsiadł to się w końcu ruszyli. Podnieśliśmy motocykl. Wystające części prawego boku urwane, albo zniekarowane. Sam gość był w szoku, nie potrafił powiedzieć co się stało. Z tego co wiem, bark miał uszkodzony, więc zabrali go do szpitala. W międzyczasie mnie również awaria nie ominęła. Okazało się ze paliwo mi przez kranik ciurkiem leci, wiec musiałem się zatrzymać i poprawić ten mosiężny pierścień dociskający, który się  powyginał. Motocykl miałem leżeć na boku bo miałem w zbiorniku sporo paliwa. Oczywiście o jakimkolwiek zainteresowaniu mogłem zapomnieć, słyszałem tylko jak jeden gość mówił przejeżdżając obok mnie "..a temu co się stało..." ;). Gdy już kończyłem naprawę i wszystko miałem poskręcane, zobaczyłem że jakiś starszy gość na jedynej jawie TS 350 ledwo posuwa się do przodu. Po spakowaniu narzędzi dogoniłem go i okazało się że nie może ujechać. Zjawa odmawiała posłuszeństwa, silnik przerywał, jechaliśmy tak pod 50 na prostej (pod górkę mniej) wiec postanowiliśmy się zatrzymać i zajrzeć do silnika, zmieniliśmy świece i jakieś 500 metrów było dobrze, a potem znowu to samo. Zatrzymaliśmy się jeszcze raz, ale już bez rezultatów. Na końcu zjawa stwierdziła, że ona już dalej nie pojedzie i złapała kapcia w tylnej oponie. Pozostało zostawić sprzęta w rowie i odwieźć właściciela na MZ do domu gdzie poszukał sobie transportu dla jawy. (był ze Sierakowa). Po tych perypetiach zajechałem na zlot, gdzie już nikogo ze znajomych nie było. Pojechali po swoje panny:) Był tylko gość na drugiej ETZ (ten sam co w piątek, wiec było z kim pogadać) gdy i on odjechał pojawił się gość od Jawy, wiec czas jako tako mijał. Potem spotkałem 3 znajome z Międzychodu i zaczęły się niby konkursy, Było siłowanie na rękę i przeciąganie liny, ale nawet nie widziałem kiedy to się odbyło. Nikt nie powiedział gdzie będą ciągnąć;) i widziałem tylko jak już wracają... Potem były quady. Zawody polegały na zrobieniu slalomu na plaży między wbitymi kołkami tam i z powrotem. Gdy człowiek wracał dostawał piwo i musiał tak jechać, żeby wylać tego piwa jak najmniej. Było kilka przejazdów, ale jak przyszła moja kolej quad pod moją dupą się spierdolił;) Wiec już miałem po jeździe. Na szczęście udało mi się przejechać drugim ale już poza konkursem.

  Dalej miały być konkursy dla motocykli, ale z niewiadomych powodów się nie odbyły. Przyszedł jakiś gość i posprzątał skrzynie, które już były na slalom uszykowane i tyle zostało z zapowiedzi... Chłopaki zdążyli już wrócić wiec czas mijał na gadaniu...;)
Szaleństwo w piachu...:)

...aż z hukiem wleciała na zlot ekipa na 2 skuterach i bez pytania zaczęli "palić gumę". Weszli tym na ambicje wszystkim scigantom i zaczęło się dymienie, spaliło się trochę papci. Jeden gość na niebieskiej R1 spalił lacza do wystrzału, pozostali trochę skomniej ;) i to był koniec atrakcji. Najlepsze było to że cała gwardia paliła opony na parkingu obrzucając gumą wylizane chopperki. Ciekawe co na to ich właściciele. 

   Wieczorkiem był zapowiadany choć mocno opóźniony koncert, ognisko, a po koncercie striptiz. Koncert był spoko, pogadałem sobie sporo z pałkerem kapeli, wypiliśmy browca i poszedłem na ognisko gdy odjechali by upiec sobie kiełbasę. Niestety kij mi się złamał i miałem po kolacji ;) Przed pierwszą zaczął się 2 częściowy striptiz, ale był moim zdaniem średniawy. Laska nie miała za dużo do pokazania, a do tego wyskoczyła z ciuchów ekstremalnie szybko i się zwinęła. W pierwszej części ubrana była jak pani policjant, w drugiej w przezroczystą halkę. Nie dosyć, że widowisko było krótkie to jeszcze kobita tarzała się po ziemi a podwyższenia nie miała. Cokolwiek widziały tylko te osoby, które stały w pierwszym lub drugim rzędzie. A pozostali?... wiedzieli że się striptiz odbywa... ;) W drugiej części panna rozebrała się do naga i wzięła w tany jednego z motocyklistów po czym zwinęła manatki i ze swoim karkiem oddaliła się w miejsce bliżej nie określone...;) I tak zakończyła się sobota...


NIEDZIELA

    W niedziele nie działo się absolutnie nic. Więc o 10:30 spakowaliśmy nasze graty i ruszyliśmy do domu. Przez te 3 dni nakulałem trochę ponad 150 km. A sam zlot? Hmm, kasy nie żałuje ale mogło być na pewno dużo lepiej. Pomijając fatalne kwestie organizacyjne i to że pogadać na tym zlocie nie było za bardzo z kim można uznać że czas spędziłem miło:) Więcej tam jednak nie pojadę...


copyright: intr