MZ ETZ 150

WYJAZDY



Strona Główna
Co nowego...
Moje Motocykle
Usprawnienia MZ
Wyjazdy
O mnie...
Linki
Księga Gości...
Podbój Szwecji ETZ...


  No i udało się...:) Po wielu perturbacjach z samym przygotowaniem wyjazdu i przesuwaniem terminu, które tutaj pominę udało mi się wyjechać na wyprawę, którą planowałem od ponad 6 miesięcy. Wyjazd udał się w 100%. MZ dała radę, robota się znalazła no i nie potłukliśmy się nawzajem;) więc nie ma na co narzekać :). Jak przebiegało moje rozstanie z Polską na prawie półtora miesiąca możecie przeczytać poniżej...

23.07.2006, stan licznika 31941

   Po ustaleniu że jedziemy w składzie ja i Wojtek (rider41 z forum mz-club) pozostało tylko oczekiwać na kluczową datę 23.07. Dla Wojtka wyjazd zaczął się już 22.07 gdyż z Włodawy do mnie miał coś koło 600 km. Wieczorkiem gdy do mnie nadjechał zjedliśmy jeszcze po kiełbasie z grilla, pożegnałem się ze znajomymi z którymi tego grilla spożywałem i koło 23 po moim spakowaniu się poszliśmy spać. Wyjazd zaplanowaliśmy na 8 rano. Do Świnoujścia na prom, który odpływał o godzinie 13 mieliśmy koło 260 km, wiec wydawało się, że zaplanowane 5 godzin wystarczy... Niestety wyjazd się opóźnił jak to zwykle z wyjazdami bywa o całe 30 minut ;) Niby niewiele, ale...

  W trasie, która przebiegała nadwyraz spokojnie pojawił się problem... Linka sprzęgła u Wojtka, która postrzępiona była już jak przyjechał z Włodawy do mnie zablokowała klamkę sprzęgła.  Należało ją szybko wymienić, ale suka nie chciała się dać ;) Gdy w końcu urwaliśmy ją na siłę bo po dobroci nie chciała, okazało się że nowa linka jest jakąś trefna (te prywaciarskie części ;)). Nie pasuje jak trzeba i zakładanie nowej wiąże się z takimi samymi perturbacjami jak wyrywanie starej ;) Gdy w końcu daliśmy rade minęło dobre pół godziny. Niby niewiele... Jedziemy dalej...

   Na ze 20 km przed Świnoujściem korek.. Takiego korka to jeszcze w życiu nie widziałem ogromniasty... Samochody poruszały się (jeśli nie stały) może z 10 km/h. Oczywiście my w tym korku nie staliśmy (motocykl dobra rzecz ;) ) ale też nie jechaliśmy już 80 km/h tylko od 50 do max 70.Anusz jakiś idiota się znajdzie i z zazdrości że my jedziemy a on stoi zajedzie drogę, albo otworzy drzwi... Złożeniem wszystkich czynników hamujących dojechaliśmy na terminal może za dziesięć 13...;). Kobieta w terminalu okazała się być łaskawa... Po konsultacjach bodej z kapitanem promu doszli do wniosku że nas jeszcze biorą... Ufff :) Następny prom o 22... Wypisywanie biletów za to nie szło jej jednak najszybciej, no i suma sumarum dwóch Bolków na 2 MZ’tach opóźniło wyjazd promu z 10, 15 minut ;) Wszyscy, nas popędzają, kontroler biletów, kolesie kierujący na prom...śmiesznie.. Bilet w zęby, kask na ramieniu rękawiczki pod dupą i szarża pod górę na objuczonej MZ ;) W końcu wjechaliśmy... Spokojnie się rozebraliśmy, gość z obsługi przypiął nasze fury do podłogi i po chwili mówię do Wojtasa: „kurde, pierdolą mi tu że mamy się śpieszyć a jeszcze się nie ruszyliśmy...” Okazało się jednak że już dawno jesteśmy daleko od brzegu. Moment startu nie jest odczuwalny na tak ogromnym statku;)

   Na promie jak na promie, nie dzieje się za wiele. Na pokładzie jest trochę sklepów, bary z cenami raczej nie dla Polaków (przynajmniej takich jak my) i właściwie jedyna atrakcja to wpatrywanie się w morze na górnym pokładzie widokowym na którym śmierdziało mazutem.;) Nie dało się długo wysiedzieć ;)

Prom płynie sześć i pół godziny a czas wlecze się niemiłosiernie. Po dotarciu na Ystad wyjechaliśmy z promu i tu znowu była kontrola paszportowa, tyle że ludzie już nie po naszemu gadają... Po kursie do terminala bezproblemowo przejeżdżam do kobiety w mundurze, która stała dalej. Zatrzymuje się, patrzę na nią a ona do mnie: tyle zrozumiałem... „afkjas viowem foamfpoajf” Ja na nią jak kura w gnot, a ona znowu powtarza „sfdsa dffa sdfasdfas” Ja na to z angielska że „no, no”... Odjechałem nie wiedząc o co jej w ogóle chodzi ;) Potem Wojtas, który najwyraźniej posiadał wyższe kwalifikacje w dekodowaniu tego bełkotu powiedział, że ona pytała „Towary do oclenia ?” łehhehehehe. Po cholerę kaleczy tak polski język kurdę... mogła to po angielsku powiedzieć... No i po tej śmiesznej przygodzie byliśmy w Szwecji bez planu gdzie jedziemy. Każda droga tak samo dobra :) Wiadomo było tylko, że jedziemy na północ...

   Ruszyliśmy wiec przed siebie, nastawieni na szukanie noclegu. Prom dobija o 19:30 wiec na poszukiwania nie ma za wiele czasu. Południe Szwecji (okolice Ystad) to głównie tereny rolnicze i większych lasów z jakąś drogą prowadzącą do środka jest jak na lekarstwo. Po paru ładnych kilometrach coś się jednak udało znaleźć i po rozbiciu namiotu poszliśmy w Wojtasem spać obalając zakupione na promie polskie piwo. :) Toasty szły wiadomo za co, a smak tym większy że w Szwecji jest prohibicja i alkoholu w sklepach brak. Szweckie piwo smakuje jak ciepły sik i w dodatku ma max 3,5 volta mocy...

24.07.2006, stan licznika 32281 km

   Następnego dnia po spakowaniu namiotu ruszyliśmy dalej w rejony, które wskazaliśmy przypadkowo palcem na mapie ;) Po przejechaniu koło 100 km w brzuchach zaczęło nam grać... Znak że pora na obiadek. Danie standardowe: Kasza gryczana z sosem myśliwskim z paczki ;) Wodę na obiad mieliśmy jeszcze z promu, wiec nie było źle.

   Woda stanowi nie lada problem na wyprawach bezcelowych. Najlepiej zaraz na początku podróży szukać dużego marketu i kupić ze 4 butelki jakieś taniej mineralnej (polecam markety WiLLy:S są najtańsze) po wydojeniu których mamy 4 pojemniki na wodę do gotowania (czyt: kranówkę). ;) Kranówe najlepiej pozyskiwać w mcdonaldach ale tylko tych na obrzeżach miast. Te w centrach mają płatne kible. W marketach w których byliśmy nie było toalet w ogóle, wiec widząc mcshita należy zawsze uzupełniać zapasy. Nigdy nie wiadomo kiedy pojawi się następny... Woda z butelek służy też do mycia wiec należy ją oszczędzać i liczyć z każdym mililitrem.
  
    Pod koniec tego dnia postanowiliśmy popytać już o jakaś robotę i po około 2 godzinach poszukiwań staliśmy już ubrani, zwarci i gotowi... :) Nasza pierwsza praca to cięcie i rąbanie drewna. Nasz Szwed, którego nazwaliśmy potem drzewiarzem był jak sam powiedział za leniwy, żeby zrobić to samemu... heh, tym lepiej dla nas ;) praca była na zaledwie 2 godziny, ale za kasę którą zarobiliśmy mieliśmy jedno tankowanie gratis :) Pracować u niego skończyliśmy chyba coś koło 21 na jego własne życzenie. Jeszcze sporo drewna miał do porąbania wiec dając nam wypłatę stwierdził że jak będziemy w okolicach w piątek, to mamy się pojawić dokończyć robotę...Nie mieliśmy zamiaru czekać bezczynnie do piątku, ale od biedy zawsze było gdzie wrócić ;), Po zakończeniu rozbiliśmy namiot jakieś 500 metrów od niego obalając kolejnego browara z Polski ;) Z drzewiarzem była śmieszna akcja przy odbieraniu wypłaty. Gość przychodzi i mówi że wisi nam 6 koron czyli po 1.2 zł na głowę na co Wojtas normalnie zabił go wzrokiem ;) Gość się chyba przejął sprawą, bo gdy daliśmy mu nasze puste butelki do uzupełnienia, wrócił też z brakującą kasą :) Niby to niewiele, ale nie mieliśmy jeszcze rozeznania w tej szweckiej walucie i nie wiadomo było na ile złotych chciał nas okroić ;).

25.07.2006, stan licznika 32532 km

   Wstaliśmy znowu bez zbędnego pośpiechu, śniadanko herbatka i ruszamy przed siebie...:) Tego dnia już na serio mieliśmy szukać roboty i po objechaniu okolicznych wioch po 4 godzinach poszukiwań osiągnęliśmy założony cel :) Zawitaliśmy do sporego domku, który jak się okazało wymagał malowania i tak od słowa do słowa dobiliśmy targu...:) Mieliśmy pewną robotę na co najmniej tydzień co bardzo podniosło nasze morale :) (które wcale nie było niskie ;)). Cała historia znowu jest trochę komiczna. Nasz pracodawca to Szwed (tak go nazywaliśmy) w podeszłym wieku. Nie dziwi wiec, że jak nagle nie wiadomo skąd przyjeżdża mu dwóch kolesi w skórach na nie wiadomo czym ;) to mógł poczuć się trochę wystraszony ;) Pełno pytań skąd jedziemy, gdzie mieszkamy etc... pokazywaliśmy mu wszystkie dokumenty jakie mieliśmy, aby udowodnić, ze jesteśmy tymi za kogo się podajemy ;)

    Gdy już mieliśmy wiarygodność zapewnioną wyruszyliśmy z nim na oględziny domu. Dom był wielki a wysokości znaczne... Szwed się pyta czy my to na pewno zrobimy, a my oczywiście taaakkkkkk...;) Jak się okazało warto było zaryzykować, bo Szwedzio bojąc się o nasze zdrowie na czas pracy na wysokościach załatwił nam windę z własnej nie przymuszonej woli  ;)

Pozostał jeszcze problem mieszkania i tu nasz pracodawca stanął na wysokości zadania. Użyczył nam swojego domku nad jeziorkiem :) Nie dosyć, że warunki kulturne, to jeszcze łódka do dyspozycji ! :) Czuliśmy się jak na samo finansujących się wakacjach :)



26.07.2006 / 29.07.2006 – 1.08.2006 / 6.08.2006

   Dni pracy u Szweda... Walczyliśmy twardo 12 godzin na dobę a wszystkie dni pracy wyglądają podobnie. Pobudka o godz. 6:30, śniadanie i tak za 15 ósma wyjazd do roboty. Nasza chałupa położona była dokładnie 5 kilometrów od miejsca docelowego, wiec każdorazowo dystans ten należało pokonać na MZ (zawsze jakaś rozrywka od rana ;)). Godzinną przerwę na obiad mięliśmy o 13 i w tym czasie przychodził do nas Szwed na małą pogawędkę. Godzina 17:00 to z kolei przerwa na kawę, którą czasami stawiał nasz pracodawca. Oczywiście do kawy dołączał jakieś ciasteczko, czy wafla... Traktował nas w sumie jak gości z Polski, którym daje zarobić ;).


   Zaczynaliśmy w środę. Przyjeżdżamy do pracy a tam Szwed przyprowadził profesjonalistę, który miał oceniać naszą robotę. ;) W Szwecji mają domy wymalowane specjalistyczną farbą, której u nas nigdy nie spotkałem. W ogóle są tam strasznie monotematyczni, wszystko w jednym kolorze i wszystkie domy na trasie wyglądają tak samo ;) Farbę z tych drewnianych domów ściera się twardą szczotą a kurzy się przy tym straszliwie :( Nic, Szwedzio pokazał co mamy robić to zabieramy się do roboty... po chwili jednak przylatuje i mówi: „you are doing too good!...” hehe, lepiej robić za dobrze niż robić do dupy ;) No to się mniej przykładaliśmy, ale i tak od czasu do czasu powtarzał „too good, too good”... Czasami aż sami byliśmy niezadowoleni ze swojej roboty, ale jak chciał tak miał... Najlepszy był majster klepka, który oceniał nasza fuchę. Po angielsku to on ni w ząb, a pokazywał nam czasem co mamy robić... Najlepsze jak demonstrował Wojtasowi jak ma lać amoniak (tam używają tego cuchnącego ścierwa do czyszczenia starej farby) do wiadra z wodą...:) Normalnie przegiął pałę ;) Od tamtego czasu otrzymał od nas ksywkę „majster od amoniaku”...

Szwed, Ja, Żona Szweda i amoniak MEN ;)

  Jednego dnia po powrocie z roboty zacząłem się bawić stacyjką, którą potem przypadkiem zostawiłem w pozycji ON i polazłem opalać się na pomost. ;) Wracam no i wiadomo co się stało. Platyny zwarte, cewka gorąca, akumulator wyładowany... próbuje odpalić - zero reakcji. Już miałem wizje spalonej cewki zapłonowej, ale na szczęście nic się jej nie stało. Przez 2 dni odpalaliśmy moją furę z akumulatora w 250’tce a później Szwed załatwił prostownik i wszystko wróciło do normy :)

   Jednej nocy miałem też twarde lądowanie na ziemi ;) Próbuje się obrócić i czuje że lecę. Obudziłem się już w momencie spadku swobodnego i upadłem na szczęście przytomny ;) Człowiek w mumii nie ma za dużej swobody ruchów, wiec spadając na śpiąco człowiek leci prosto na łeb ;) Guza na głowie udało się na szczęście uniknąć :) Raz w drodze do pracy Etka mi zagrymasiła. Już myślałem że stanie, ale awaria była tylko chwilowa. Być może woda się do gaźnika dostała, bo po 2 minutach w trakcie których nie dało się  przekroczyć 3,5 tyś na obrotomierzu ożyła :)

   1 sierpnia mieliśmy na budowie „kraksę”. Etka Rider’a pocałowała matkę ziemie gdy stała na stopkach. Gleba musiała być miękka. Jedyną stratą był skrzywiony przedni lewy kierunek i zbite szkiełko. Tego samego dnia coś mi strzeliło do łba i chciałem przybić „5” Szwedowi gdy odjeżdżaliśmy. Gość myślał chyba że chce mu sprzedać liścia w gębę, bo na zdeka wystraszonego potem wyglądał jak zorientowałem się, że on kiwał żeby nas zatrzymać a nie przybijać piątki ;) Tam nie ma takiego zwyczaju chyba ;) Swego czasu wypatrzyliśmy też Suzuki 125 GT. Klasyk, chromy i dwucylindrowa jednostka dwusuwowa - niestety nie na chodzie. Szwed posiadał też wielkiego Quada 500, którym bawił
się jak dzieciak ;)

  Robota  skończyła się definitywnie w sobotę piątego sierpnia, ale w domku mogliśmy zostać jeszcze całą niedzielę a klucze zdać dopiero w poniedziałek. Bardzo nam to pasowało ponieważ co niedziele zwiedzaliśmy i na czas wyjazdu mieliśmy gdzie zostawić nasze bagaże.

30.07.2006, stan licznika 33016 km

   Po czterech dniach roboczych nadeszła w końcu niedziela, wiec wypadało gdzieś wyjechać ;) Po długich namowach ;) udało mi się przekonać Wojtasa, abyśmy zrobili traskę na wyspę Oland zobaczyć sławny zamek Borgholm. Wstaliśmy więc o 8:30, spożyliśmy po kisielku na śniadanko i ruszyliśmy w drogę... Na trasie do celu jak zwykle nie działo się nic ;) Mogę jedynie powiedzieć, że nie padało ;) Jedyną różnicą było, że nie jechałem aż tak obładowany przez co fura szła wyraźnie lepiej ;) Gdy dojechaliśmy na miejsce, wybiła godzina obiadu, wiec rozbiliśmy się z prymusem pod jednym z wielu drzew i wciągnęliśmy co mieliśmy ;) Po zwinięciu kuchni ruszyliśmy zobaczyć co słychać w tym zamku, ale niestety nie weszliśmy do środka. Cena była zabójcza jak za oglądanie stosu kamieni bez dachu ;) wiec jedynie obeszliśmy zamek dookoła ;)

    Na zewnątrz stał wielki piec i z tego co zrozumieliśmy służył on do wyrobu węgla drzewnego ;) (choć głowy za to uciąć nie dam ;) )


    Ruszyliśmy więc w drogę powrotną. Na wyspę prowadzi most długi na ok. 13 km i jazda nim to również niezła frajda. Bardziej mnie rajcowała jazda tym mostem na MZ niż, te zdeka przereklamowane ruiny. No ale zobaczyć trzeba je było...
 

   Po drugiej stronie mostu znajduje się Kalmar, w którym moim zdaniem warto się na chwile zatrzymać...  Na samym rynku znajduję się kościół o nazwie „Domkyrka”, w którego wnętrzu znajduje się naprawdę sporo ornamentów i przyzwoitych malowideł. A odnośnie kościołów... W Szwecji nie ma katolicyzmu - jest protestantyzm. Z rozmowy ze Szwedem dowiedzieliśmy się że w całej Szwecji jest może 2 % katolików...


Drugim obiektem wartym zobaczenia jest Zamek Kalmar, którego widzieliśmy jedynie z daleka...

   Po zakończeniu zwiedzania nadeszła w końcu pora na wyjazd do domu, w którym pojawiły się u mnie pewne problemy. Ecia nie chciała ciągnąc, nie miała w ogóle wysokich obrotów (tzn > 6 tyś). Przy pełnym gazie silnik się zaduszał waląc przy okazji w tłumik. Do głowy przychodziło mi tylko jedno, znowu coś nie tak z platynami, ale po rozkręceniu dekla odstęp miały prawidłowy... Cóż, podregulowałem co nieco ( tak dla zasady ;)),  przeczyściłem papierem ściernym i niby pomogło więc ruszyliśmy dalej. Nie była już taka mulasta, ale obrotów powyżej 6 tyś i tak nie miała... Po powrocie do naszej budy, zabrałem się za serwis, ale ostatecznie stwierdziłem jedno: to nie wina zapłonu tylko pieprzonego brzęczącego jak cały ul os gaźnika i nic z tym nie zrobie...Tak też zostało... nie dotykałem silnika już do samego końca wyjazdu, a brak wysokich obrotów wcale mi nie przeszkadzał. Biegi zmieniam między 3 a 4 tysiące a na piątym biegu przy 5 tyś obrotów maszyna leci 90 km/h. Jeździliśmy i tak pod 80.

6.08.2006, stan licznika 33096 km

   No i kolejna niedziela... z tą różnicą, że od dzisiaj byliśmy bezrobotni ;) Nie mieliśmy na ten dzień żadnego planu na zwiedzanie, wiec postanowiliśmy wyjechać do Vaxio raz na zakupy a dwa poszukać kawiarenki internetowej... Wcześniej jednak ruszyliśmy na festyn, na który zapraszał nas Szwed. Jak się okazało był on organizatorem happeningów można powiedzieć dla starszego pokolenia. Cała impreza odbywała się w Aby przy znajdującej się tam śluzie.

   Akurat jak zajechaliśmy do swojego występu przygotowywała się kapelka również starszych Panów :) Ahh... muzyka na żywo... to czego mi tam brakowało, kontakt z instrumentami chociaż wizualny ;) Oczywiście kolega garowy, trafił pod moje oko ;) jako pierwszy i trzeba przyznać, wymiatał jak na swoje lata doskonale :) Grali bardzo przyjemnie, takiego blusika.

   Wysłuchaliśmy kilku kawałków i wyruszyliśmy do Vaxio. W mieście na pytanie o internet cafe, wszyscy wytrzeszczali oczy i wg kilku przechodniów jedyną alternatywą jest biblioteka... W trasie wypatrzyłem gdzieś drogowskaz: Vaxio Universitat. Wydedukować nie trudno, że uniwerek = biblioteka, wiec pojechaliśmy w tamtym kierunku i trafiliśmy na bardzo fajny zamek... Przed wejściem do zamku, mieliśmy śmieszną przygodę. Na schodach stał koleś, który dość skrzętnie obserwował co robimy i gdzie się kręcimy. Gdy w końcu postanowiliśmy z nim zagadać okazało się... tekst autentyczny... Wojtek: „excuse me, do you speak english?”, gość na to „po polsku też mówię...” ;)

   Do środka wchodzi się za free a wewnątrz jest po prostu... zamkowo :) pełno starych obrazów, wiekowe lampy, krzesła, stoły... normalnie cud, miód i orzeszki ;) Najlepsze, że można tam np. zamówić kawę, usiąść przy starym kominku i spędzić miło czas w zamkowej atmosferze... Ceny... lepiej nie mówić ;) ale wkońcu raz się tylko żyje a życie jest krótkie... Jeśli będę miał z kim, bedąc w Szwecji to na pewno tutaj na tą kawe wróce.... ;)

    Gdy już się napatrzeliśmy wyszliśmy poszukać tej biblioteki (uniwersytet znajdował się zaraz obok) ale była niestety zamknięta. Zaczęliśmy się kręcić przy wejściu i gdy mieliśmy odchodzić pojawiła się na horyzoncie para wyglądająca na studentów... postanowiliśmy się z nimi rozmówić i jak się okazało: Ona była wykładowcą japońskiego i szła ze swoim studentem ;) Jak dowiedzieli się skąd jedziemy i że szukamy dostępu do internetu zaofiarowali nam pomoc :) Ona jako wykładowca miała dostęp do wszystkich sal na uniwerku i po chwili już siedzieliśmy przed kompami za kompletną darmochę bez limitu czasowego :)

   Po załatwieniu wszystkich spraw, jeszcze tylko na zakupy i do domku popływać łódką bo to już ostatnia okazja ;)...

7.08.2006, stan licznika 33126 km

   Z rana zwinęliśmy się z naszego domku, ruszyliśmy oddać klucze i odebrać wypłatę. Na miejscu Szwed poczęstował nas ostatnią kawą i ciastkiem, wiec siedzieliśmy i gadaliśmy do czasu aż pojawił się tam jeden taki co gadał jak jakiś lewus ;) Przyszedł se kurde, siadł i zaczyna pieprzyć cos po szwecku zagadując Szweda tak jakby nas w ogóle nie było !! Stwierdziliśmy z Wojtasem że nie będziemy tam siedzieć jak takie pipy i ewakuujemy się jak najszybciej... Na pożegnanie dałem Szwedowi żubrówkę, on nam po czapeczce no i po pożegnaniu ruszyliśmy dalej... Objechaliśmy wszystkie wiochy dookoła ale roboty niestety nie znaleźliśmy. Jedyny pociechą z szukania było to, że jechaliśmy głównie polnymi drogami z ładnymi widokami (czego na zdjęciach niestety nie widać ;))

   Tak szukając trafiliśmy w końcu do jednego gospodarstwa, w którym to po zagadaniu ze starszym Panem wyszło, że może jakaś robota by się znalazła... Musimy jednak poczekać na jego syna, bo on sam nie może nam nic powiedzieć. Była godzina 11:00 a przyjechać kazał o 16... Co zrobić z taką ilością czasu? Najlepiej przeleżeć gdzieś na łące w zacisznym miejscu, ale ciężko było taką znaleźć ;) Na początku plan był taki żeby pojechać nad jedno z pobliskich jezior, które widniały na mapie ale za cholerę nie mogliśmy do nich trafić... Wojtas po kilku przejechanych kilometrach stwierdził, że on już dłużej jeździć nie będzie, wjechał w środek przypadkowego pola i stwierdził, że posiedzimy i zjemy obiad tu ;) Po pertraktacjach udało się jednak dojść do porozumienia, że pojedziemy gdzie indziej no i polana się w końcu znalazła...

   W przerwie zabrałem się za uruchomienie ładowarki samochodowej, gdyż telefon padł mi całkowicie... Chwila emocji... wkładam ładowarkę... no i nie działa :( Próbuje poruszyć i...? poszedł ogień z gniazdka.;) Kupa plastiku została z mojego nowego nabytku ;). Jak już przestałem się śmiać, trzeba było coś zaradzić.;) Rozebrałem cudo no i bezpiecznik się przepalił a całość śmierdziała spaloną elektroniką. Spróbowałem podłączyć to na krótko, bezpośrednio z akumulatora no i zrobiłem drugie zwarcie...;) Tym razem przypaliłem sobie czubek palca, którym dociskałem rozgrzaną do czerwoności sprężynkę. ;) Suma sumarum jednak ładowarka się odezwała!!!. Dioda się zapaliła, więc maszyna żyje... Teraz tylko nowy bezpiecznik i pakuje w obudowę ;) No i pierwsze pytanie skąd ja wytrząsnę, taki bezpiecznik w środku lasu ;) Odpowiedz: z zapasowych od MZ ;) Oczywiście to nie jest to samo, ale na bezrybiu i rak ryba... ważne że też jest okrągły ;) Trzeba było przepatentować ładowarkę żeby go upchać do środka, ale ostatecznie wszystko wlazło gdzie miało. Po wsadzeniu do gniazdka działało ale w tym sensie, że dioda się paliła... Telefonu ładować nie miało ochoty... Pojechałem wiec do pierwszego lepszego domu i poprosiłem o podłączenie na chwile do gniazdka przez zwykła ładowarkę. No i okazało się, że telefon był już tak padnięty, że nie wyświetlał nawet znaku ładowania... Po 5 minutach ożył i wpychać w baterie elektrony szło już nawet z tej walniętej samochodowej...

   Tak mijały godziny, aż nadeszła w końcu 16. Pojechaliśmy wiec na spotkanie, ale roboty nie było...:( Co zrobić, ruszamy dalej no i zupełnie gdzie indziej znaleźliśmy pracę u młodego małżeństwa. Oczywiście znowu te same pytania, jak gdzie, skąd...a z racji tego że już mogliśmy pochwalić się doświadczeniem w pracy malarskiej dostaliśmy do roboty okna. Gość stwierdził, że wezmą nas na 4-5 dni a potem zobaczymy...My na to że w 5 dni już dawno skończymy, na co koleś odparł... „ohh don’t worry, there’s much more to do”...

8.08.2006, stan licznika 33217 km

   Nasz nowy pracodawca razem z żoną stwierdził w poniedziałek, że nie możemy zacząć od dzisiaj ponieważ nie mają jeszcze odpowiednich narzędzi. Wtorek mieliśmy więc dla siebie. Postanowiliśmy pojechać do drzewiarza, ale niestety nie było go w domu. Obraliśmy więc kurs na uniwerek w którym byliśmy ostatnio by posiedzieć trochę w necie. Okazało się jednak, że aby korzystać z netu w bibliotece trzeba się logować... Jedyną alternatywą była biblioteka w centrum miasta ale i tam internet nie był darmowy... Co za miasto ;) Na szczęście w tym samym budynku znajdowała się informacja turystyczna, która dysponowała całymi dwoma komputerami i trzeba było odczekać swoje. Gdy już się nasiedzieliśmy kulneliśmy się do Kronobergu, w którym znajdowały się ruiny jakiegoś zameczku. Przy wejściu do zamku siedziała młoda panna wyglądającą na studentkę, do której to Wojtas zagadał. No że my tu tacy studenci z polski jesteśmy i w ogóle... Na co pani nie wyciągnęła od nas siana i mieliśmy wejście za free :). Wojtek w nagrodę poczęstował ją śliwkami, które kupiliśmy w trasie a które były tak niedobre i kwaśne, że pewnie od razu to wywaliła do pobliskiego jeziora ;)

    Wewnątrz nie było nic ciekawego, wszystkie wejścia z których można wejść gdzieś na górę, popatrzeć na widoki i przy okazji zlecieć na dół były zamknięte. Gdzieniegdzie stała mała tabliczka z opisem co w danym miejscu się znajdowało... Przy zamkowej studni w samym centrum ruin zrobiliśmy jeszcze fotkę a na parkingu przed zamkiem ugotowaliśmy sobie obiadek...

...po spożyciu którego i poobiedniej sjeście udaliśmy się do naszych nowych pracodawców rozbić namiocik gdzieś na ich posesji.


9.08.2006 – 8.09.2006

    No i zaczęło się... Naparzaliśmy na okrągło po 12 h na dobę przez cały ten okres. Oczywiście nie pracowaliśmy w niedziele, które zgodnie z tradycją rezerwowane były na odpoczynek i polatanie po okolicach.

Tak wyglądała nasza jadalnia, myjnia i suszarnia.

    Zaczynaliśmy od malowania werandy i balustrady przed domem, które to wyglądały zaraz po malowaniu bardzo przyzwoicie... Okazało się jednak za 2-3 dni że farba z sufitu odpada ;) Woda podciekała pod farbę i porobiły się na niej takie pęcherze zaraz na skraju werandy. Wyglądało na to że farba, którą nam żona naszego pracodawcy przyniosła pogryzła się z tą poprzednią... Gdy tak malowaliśmy tą werandę przychodzi do nas gość więc postanowiliśmy pogadać o warunkach naszego zatrudnienia. Gadka szmatka, no i koleś mówi: „everything you do, must be good...” i taką też ksywę otrzymał. ;)

Nasze miejsce pracy...

   Po balustradzie przyszła kolej na okna. Do chaty nie wchodziliśmy więc okna należało ściągać i potem zakładać z drabiny co nie było najprzyjemniejsze. Gdy tak oczyszczaliśmy wszystko ze starej farby przychodzi raz do nas must be good na małą pogawędkę w czasie której wyszło, że już za młodu śmigał motocyklami w motocrossie a ze swoją obecną żoną objechał motocyklem kawał europy.

Mały unfall na budowie ;)

    Maszyny, które wymienił to BMW 1150 RS, TRIUMH tiger 900, Husaberg 500 a był nimi w Hiszpanii, Francji, Niemczech, Anglii i Norwegii. W czasie tej rozmowy wyszło jakie warunki mieliśmy poprzednio a jakie beznadziejne mamy teraz ;) Faktem było, że tak naprawdę nie interesowali się nami w ogóle. Nie chodzi tutaj oczywiście o jakieś zakwaterowanie bo to nie jest żaden obowiązek, ale też o naszą robotę. Szwed co chwilę przylatywał patrzeć co robimy, zagadywał co tam słychać a Ci wręcz przeciwnie. Mamy robić, byle dobrze a jak, co, gdzie, kiedy nikogo w tym domu nie interesowało. Nawet gdy już odjeżdżaliśmy nie posiedzieliśmy razem z nimi i nie pogadaliśmy. Zbyt gościnni to oni nie byli... ale...

    Po tej rozmowie, o której wspomniałem po południu przychodzi do nas żona must be good i mówi że mają przyczepę kempingową i że chętnie nam ją przywiozą jak tylko chcemy.;) W środku było w sumie wszystko czego nam było trzeba. Miła odmiana po 10 dniach spania w namiocie. Wieczorkiem gdy już kończyliśmy robotę przylatuje do nas znowu a z plecaka wyciąga dwa browary...;) I to nie 3,5 procentowe sikacze tylko normalne 5,2 %. Te niby „mocne” piwo obok polskiego pewnie nawet nie stało, ale fakt faktem pozostaje... Aż nie wiedzieliśmy jak się tu zachować na taki nagły wylew sympatii ;) Najlepiej by było, jak to Wojtas ujął robić teraz lepiej niż dla siebie ale jakoś nam to nie szło bo następnego dnia poszła druga szyba ;)

   Po malowaniu okien przyszło malowanie i naprawa zabawek ogrodowych. Miła odmiana, bo już mieliśmy dojść skrobania i malowania tych okien. Znowu klika dni minęło...

Nie samą robotą człowiek żyje, Pobawić tez się trzeba... ;)

... i w końcu zaczęła się zupełnie inna robota :). Demolka starej stodoły, którą must be good planował przerobić na garaż dla jednej ze swoich maszyn. Na tej robocie czas nam zleciał już do samego końca wyjazdu a i urozmaiceń było więcej...
   
Np. rajdy na pięćdziesięcioletnim Bolinderze – Munktelu ;) Ciągniczek puszczał olej gdzie tylko mógł, ale szedł jak przecinak... Już pod koniec roboty wyciskałem z niego wszystkie soki, ale nie protestował. ;)

     Przez co kiedyś poszedł bym w powietrze... przez kierownice ;) Ciągnik nawet przy wydawało by się bardzo spokojnym puszczeniu sprzęgła odwalał spore kangury. Pewnego razu trochę mnie poniosło i jak nie wystartuje z dwójki na pełnym gazie... doszedłem tak do czwartego biegu za każdym razem odwalając kangura przy zmianie przełożenia. Tymczasem droga się skończyła a dalej był spory uskok ;) Ja mając już sporego speed’a wleciałem tam jak gdyby nigdy nic i miałem wielkiego fuksa że szufla była na tyle wysoko, że przeleciała po ziemi a się w nią nie wbiła... inaczej podziwiał bym miejsce naszej pracy z trochę innej perspektywy ;)

    Swego czasu najedliśmy się też stracha przy sprzątaniu bardzo starego i suchego zboża z w/w stodoły. Sprzątamy, sprzątamy aż tu nagle czujemy dym!! Wystraszyliśmy się tak, że szkoda słów. Biegiem zlatujemy na dół, ale na szczęście paliło się coś na zewnątrz. Uff, cała stodoła to stare drewno i pełno suchego siana i zboża... Poszła by z dymem jak kartka papieru...

20.08.2006, stan licznika 33360 km

    Poprzednia niedziela przeznaczona była na zakupy i zrobienie prania więc nie ma co się nad nią rozwodzić. Na tą natomiast mieliśmy zaplanowany wypad na traskę, która polecał nam must be good. Pożyczył nam w tym celu „bike mape” Szwecji na której zaznaczone było 50 top motorcykle road’s. Ta na którą lecieliśmy oddalona była od nas o jakieś 100 km. Hmm, traska była fajna, kręta z ładnymi widokami, ale niestety żadnego zdjęcia z niej nie mam. Byłem za bardzo zajęty jazdą ;) Nie ma co tu pisać... W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się chyba w jakimś rezerwacie na małą przekąskę...

...gdzie zrobiłem jedyną fotkę tego dnia. Jak widać pogoda nie była najlepsza a w dodatku nie zabrałem swojej przeciwdeszczówki i zmokłem jak jasny gwint. Po powrocie do domku wylałem wodę z butów, rozebrałem mokre ciuchy i położyłem się na małą sjestę...;) Byłem ciut zmęczony jazdą w ciągłym deszczu, ale jakże zadowolony... :)

27.08.2006, stan licznika 33717 km

   Tej niedzieli postanowiliśmy coś zobaczyć. Padło na Husquarne i zwiedzenie przyfabrycznego muzeum. (które mieliśmy nadzieje tam będzie ;)) Ruszyliśmy więc z rana o godzinie 10 a pogoda jak zwykle ostatnimi czasy była beznadziejna. Padało całą drogę.

   Aby wejść do muzeum musimy wyskoczyć z całych 40 koron ;)  Zaraz potem możemy rozpocząć wędrówkę i zobaczyć co fabryka produkowała przez 300 lat swojego istnienia. Zwiedzanie zaczynamy od kuchenek do gotowania, przechodząc przez motocykle zabytkowe i turystyczne...

...do motocykli wojskowych i sportowych.

   Większość silników jest pokazanych w przekroju, wiec można śmiało zobaczyć co słychać w środku. Ocenić konstrukcję. Moim zdaniem świetna sprawa! Jeśli kogoś interesuje mechanika motocyklowa a czytał przy okazji artykuły pana Sałka na temat różnego rodzaju silników i patentów konstrukcyjnych tutaj będzie mógł to zobaczyć na żywo :)


Silniki sportowe...

   Możemy zobaczyć też broń, piły spalinowe i inne rupiecie z tym związane z których fabryka jest znana obecnie. Całą gamę komarków...;)

...jak również starą maszynownię...

Ta machina robiła coś z maszynkami do mielenia mięsa...

   ...i maszyny do szycia. Jedna z nich Husquarna VIKING to cudo jakiego jeszcze na żywo nie widziałem. Pełen komputer do wyszywania...:) Jak widać na zdjęciu: Z boku wkładamy pendrive z zapisanymi na pc’cie obrazkami, skalujemy na wyświetlaczu maszyny, naciskamy start i idziemy na kawe ;) Przychodzimy i już mamy pięknie wyszyte co chcieliśmy na koszulce czy czymkolwiek innym!! BAJER!!

Takie cudo by mi się przydało... Ciekawe ile kosztuje ;)

   Po pasjonującej wycieczce ruszyliśmy w drogę powrotną. Wcześniej jednak wjechaliśmy na wielką wyżynę otaczającą miasto z której widok na dół był nawet całkiem niezły :)


Szkoda tylko że pogoda byłą tak beznadziejna bo ograniczała widoczność dojść znacznie...:(

    Po zakupach przyszedł czas na powrót do domu. Wcześniej jednak przypałętała się do nas jakaś pijaczka gdy staliśmy pod Willy’sem i zaczyna coś bulgotać ;) My do niej że nie rozumiemy po Szwecku, na co ona spróbowała coś po angielsku skleić, ale i to nie szło jej najlepiej ;) W końcu machnęła ręką i poszła w drugą ;)... Może kasę chciała, a może ciastko ;) nie wiadomo... W drodze powrotnej były niezłe jaja z paliwem. Na ok. 30 km przed domem Wojtasowa Etka poprosiła o rezerwę a za około 200 metrów moja również nie omieszkała spytać... Była to o tyle zła informacja, że na rezerwie przejechać mogłem tylko 20 km a stacji po drodze już nie było. Odkręcałem więc manetkę delikatnie, kilometry leciały i o dziwo na zegarze wolniej niż na tablicach ;) Na 2 kilometry przed chatą wskoczyło na zegar 20 km przejechanych i dokładnie w tym samym momencie BUUUUU ;) Wojtek jechał pierwszy więc nawet nie zauważył że stoję ;) Pozostało przechylić motóra na bok i tym sposobem dotarłem do domu na kołach a nie na nogach ;)

    Tego samego dnia musiałem jeszcze zatankować furę, bo nie byłoby paliwa do prymusa a gotować trzeba... Spuściliśmy trochę z 250’tki no i pojechałem. Tutaj będzie przestroga... przed gównianymi automatami paliwowymi. W Szwecji stacje benzynowe w takim rozumieniu jak w Polsce są rzadko spotykane. Bardzo popularne są tam samoobsługowe automaty na kartę albo banknoty. Wkładamy do takiego cuda odliczoną kwotę i tankujemy za całość. Maszyna nie zwraca reszty. Jeśli wsadzimy za dużo i do baku nam się nie zmieści to cóż, przyroda ;) Możemy tankować w butelki ;) Ale nic, zajeżdżam do tego automatu wkładam 80 Kr i poszedłem odmierzyć sobie olej. W między czasie coś zaburczało w maszynie i wyrzuciła mi kwit... Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale z węza nie poleciał nawet mililitr paliwa a kasa przepadła!! Co tu robić, kasy nie miałem, paliwa w zbiorniku też prawie nic a do tego z ekstra olejem na 10 litrów benzyny... ;) Pozostało mi czekać aż ktoś podjedzie i wyjaśni o co tu kur...cze chodzi ;) Podjechał młodszy gość, który sam nie wiedział o co loto, ale pomógł mi o tyle, że powiedział gdzie mieszka właściciel tej stacji (a mieszkał zaraz obok). Polazłem wiec do gostka, który patrząc na kwita reklamację uwzględnił i przyszedł z nowymi 80 Kr... Fuuu, nie ma to jak przygoda na zakończenie udanego dnia ;)

3.09.2006, stan licznika 33928 km

  I już ostania niedziela w Szwecji. Tym razem postanowiliśmy pojechać do Store Mosse nationalpark. W trasie to co zwykle... padało a sam park był bardzo ładny. Wybraliśmy się na spacer jednym z wielu szlaków turystycznych. Widoki były przednie, ale niestety zwykły aparat nie objął by tego wcale, więc nie robiliśmy zdjęć. Warto tam po prostu iść i zobaczyć to samemu.


8.09.2006 – 9.09. 2006, stan licznika 34440 km.

   I w końcu dni powrotu do domu!! W piątek skończyliśmy robotę już o 13, by tak na 15 być spakowanym i gotowym na odjazd. Gdy już mieliśmy odjeżdżać poszliśmy pożegnać się z must be good i jego żoną. Daliśmy mu w prezencie sobieskiego i żubrówkę by po chwili wyruszyć w kierunku Ystad. Wcześniej jednak zahaczyliśmy o salon motocyklowy w Vaxio. Przymierzałem się tam do wielu sprzętów, które mógłbym sobie kupić po MZ, ale wszystkie okazały się beznadziejne!! Najpoważniejszy kandydat kawasiaki ER5 odpadł zaraz gdy posadziłem na niego dupsko... Kto te motocykle projektował kurde... Siedzenia twarde, kierownice wąskie, ręce proste, nogi do tyłu.. Co za gówna. Nie wyobrażam sobie przejechać na takich sprzętach chociaż połowy dziennego dystansu jaki robiłem na MZ. Jedyny motocykl na którym siedzi mi się w miarę wygodnie to Honda Transalp, ale ten z kolei jest ciężki jak słoń...

  Obładować to bagażem, posadzić pasażerkę i nie da się nad tym zapanować przy lekkim przechyle :( O wjechaniu w jakiś lekki teren lepiej nie mówić... Cóż nie dla mnie te japonie ;) Wojtas, który dosiadał każdego sprzęta miał podobne zdanie. Nawet Kawasaki W650 już typowy klasyk, a pozycja beznadziejna...

   Gdy skończyliśmy dosiadanie ruszyliśmy w kierunku Ystad. Prom odpływa o 22, więc mieliśmy sporo czasu. Trasa przebiegała spokojnie a już u celu spożyliśmy po zupce i ruszyliśmy na terminal. Powrót do domu był jak zwykle beznadziejny. Prom wlecze się tak, że szkoda słów. Były jakieś atrakcje w związku z nocnym rejsem, ale nie siedziałem tam bez przerwy. Podobały mi się tańce grupy bodej „Iguana”. 5 lasek i pokaz tańca synchronicznego (tak to się chyba nazywa). Pierwszy raz widziałem coś takiego na żywo i musze powiedzieć, wyglądało to naprawdę dobrze. Był też didżej ;) który miksował winyle nawet językiem ;) Pełno nawalonych Szwedów kręciło się po całym promie... cóż, u nich alkoholu w sklepach nie ma więc jak dostaną się do flachy to umiaru w chlaniu nie mają...

  Gdy w końcu dobiliśmy do Świnoujścia i zeszliśmy na pokład samochodowy okazało się że obok naszych etek stoją jeszcze dwa inne sprzęta. Jak się okazało należały do.. no właśnie, nie przedstawiliśmy się sobie, wiec jeśli któryś z Was to czyta niech się odezwie na maila :) Jechali tak jak my, zapakowali się i przed siebie :) Pogadaliśmy chwile o naszych przygodach i rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę... Mijaliśmy się na trasie jeszcze ze dwa razy poczym kiwnęliśmy sobie na pożegnanie i chłopaki odjechali posiadając ciut wyższą przelotową niż my ;) My też jakieś 60 kilometrów za Szczecinem zatrzymaliśmy się z Wojtasem, jeszcze raz się pożegnaliśmy i na najbliższym zjeździe kiwnięciem ręki rozstaliśmy się na dobre... Do domku zajechałem punkt 12...

Podsumowując...

  Wyjazd był bardzo udany a właściwie to bardziej udany być nie mógł. Robota była, zwiedziliśmy kawałek Szwecji, Etki niezawodnie wiozły w każde miejsce... Ehh, co mogę powiedzieć... WARTO BYŁO!!!  Dziękuję Wojtkowi, za to że pojechał... bez niego wyjazd nie doszedł by do skutku. Dziękuje rodzicom za pomoc. Dziękuje MZriderowi. Zbyhowi i Marasowi za wszelkie wskazówki i pomoc w ustaleniach odnośnie potrzebnych na trasie rzeczy. Wyprawa zamknęła się dla mnie przebiegiem 2500 km. Wojtek miał nieco więcej do pokonania w samej Polsce więc jego dystans to coś pod 3800 km. Średnie spalanie mojej fury oscylowało w granicach 3,2 – 3,4 litra na 100 km przy prędkościach rzędu 75 – 85 km/h.


A to dla mojej kochanej :*   póki co jedynej ;)




copyright: intr