MZ ETZ 150

WYJAZDY



Strona Główna
Co nowego...
Moje Motocykle
Usprawnienia MZ
Wyjazdy
O mnie...
Linki
Księga Gości...
Skandynawia podejście drugie.

   Tak jak i w zeszłym roku udaliśmy się po raz kolejny na podbój Skandynawii. Skład osobowy ten sam, choć park maszynowy uległ małej zmianie. Po zeszłorocznej eskapadzie Wojtas wymienił swoją 250’tkę na Yamahe Diversion 600. Mi natomiast, japońskie sprzęty wcale nie odpowiadają, więc pozostałem wierny swojej MZ. Objechaliśmy w tym roku spory kawał świata, a i przygód mieliśmy znacznie więcej. Mogę śmiało powiedzieć, że wspominam ten wyjazd o wiele lepiej niż zeszłoroczny. Ostatnio było za dobrze :P. Nic się nie psuło, nie urwało a cały wyjazd przeszedł gładko jak po maśle :P Co takiego wyjątkowego zdarzyło się w tym roku, możecie przeczytać poniżej :)

3.07.2007, przebieg 39360 km

   Wyjazd rozpoczął się dla nas we wtorek, przy czym nie spotykaliśmy się u mnie jak ostatnio, ale każdy dojeżdżał na prom na własną rękę. Płynęliśmy promem nocnym, tak wiec od siebie z Mchoda wyjechałem w godzinach popołudniowych zapakowany do granic możliwości ;) W tym roku planowaliśmy zostać na miejscu trochę dłużej, tak więc i żarcia na pokład trzeba było upchać odpowiednio więcej. Tego też dnia przyjechała do mnie spóźniona szyba PUIG’a, którą kupiłem specjalnie na ten wyjazd. (opis tego ustroństwa w usprawnieniach). Dokonałem wiec szybkiego montażu i w okolicach 16 wyjechałem w drogę na umówione spotkanie z Wojtasem. Na miejsce w Wolinie zajechałem grubo za wcześnie, bo ok. 1,5 przed czasem. Oczekiwanie strasznie mi się dłużyło. Na domiar złego, mój kompan spóźniał się i spóźniał, aż w końcu podjąłem decyzje że jadę bez niego. Do Świnoujścia pozostało jeszcze ze 40 km, a czasu nie było z wiele. Do tego padało jak z cebra a widoczność miałem ograniczoną do minimum. Wojtas, posiadający wyższą przelotową niż ja dogonił mnie niedaleko promu i tak społem wjechaliśmy na terminal. Po przywitaniu ruszyliśmy do okienka a tam sajgon jak jasny gwint. Perturbacji z zakupem biletu mięliśmy od groma. Wszystko przez starą jędze siedzącą w okienku. Nie dało się z tym babsztylem dogadać. Nie ma miejsc i koniec. Myśle „Kurwa...”, mówię :P  „Jak to nie ma miejsc, przecież na motocykl zawsze jest miejsce i ma skontaktować się z załogą promu że czekają jeszcze 2 motocykle” ale ona „NIE” i koniec...Było tam też od groma samochodów, ale oni zajmują znaczenie więcej miejsca niż my...Jeśli dla nich nie było miejsc to jeszcze rozumiem. Poratowała nas młoda panna siedząca w drugim okienku, która skontaktowała się z promem za tego zpróchniałego babsztyla i okazało się cudownie że miejsce się znalazło i że nas jeszcze biorą... Przyszło polecenie odgórne i niestety... Sprzedawała nam te bilety z takim krzywym ryjem, że szkoda słów... Płynęliśmy promem Polferries. W zeszłym roku płynęliśmy StenaLine i nie mieliśmy żadnych problemów. Nic, po zakupieniu biletów ruszyliśmy na kontrole paszportową, po której etka mi zgasła i za chiny nie chciała zapalić. Ja z tego wszystkiego zapomniałem, że jedyną awarią jaką od dłuższego czasu trapi ten pojazd jest brak paliwa i zacząłem niepotrzebnie kopać, zamiast przekręcić na rezerwę...:P Gdy już zrezygnowany chciałem zaglądać do świecy przyszło olśnienie, kranik został przekręcony i machina zrazu zagadała ;) W drogę...

    Na promie zabezpieczono nam sprzęty i po zamknięciu pokładu samochodowego wyszliśmy usiąść w restauracji. Czas upłynął na piciu browarów i spaniu, tak więc nie dłużyło się nam aż tak strasznie.

4.07.2007

    Po zjechaniu z promu ruszyliśmy zrazu na umówione spotkanie z „Must be good”. Tym samym co w zeszłym roku. Na ten sezon, udało się nam załatwić fuchę już na starcie, tak wiec nie musieliśmy się oto martwić.  Od miejsca docelowego dzieliło nas około 250 km w trakcie których zatrzymaliśmy się w przydrożnej budzie aby wciągnąć jakieś śniadanko. Jak zeszłego roku, do gotowania używaliśmy niezniszczalnego prymusa a strawą były konserwy i pasztety z chlebem. Trasa przebiegła spokojnie i bez problemów. 

  Po dojechaniu na miejsce i przywitaniu z żoną naszego mocodawcy, zostaliśmy zaznajomieni z zakresem naszych obowiązków. Przydzieliła nam tez miejsce do spania w starej stodole, którą demolowaliśmy ostatnio. Teraz wyglądała tak:

   A nasze miejsce spania, znajdowało się w wydzielonym w tej budzie pomieszczeniu. Wszędzie było pełno białego pyłu, tak wiec gdzie by się człowiek nie dotknął zaraz był upierniczony jak świnia. W tym roku stało się coś dziwnego. Przyjeżdżamy do nich, a tu żona MBG (Karin), zaraz mówi że mają łóżka, tylko trzeba je przywieźć. Pojechaliśmy wiec po nasze legowiska, a w dalszej kolejności Karin wbiega ze stertą pościeli i poduszek. Zaskoczenie dla nas tym większe, że w zeszłym roku z gościną się w tym domu rozminęli a w tym... Proponowali nam w sumie mikrofalówkę, telewizor, DVD, ale nie skorzystaliśmy z tych propozycji. Nie byliśmy przygotowani na taki wylew sympatii. Wystarczyło nam jedynie radio, prymus i miska do mycia. Prace zaczynaliśmy od dnia następnego, tak wiec środa uleciała na odpoczynek i gadaniu jak to się nam nie chce... :P


5.07.2007 – 31.07.2007

   No i zaczęły się dni świstaka. Tłukliśmy jak w zeszłym roku po 12h na dobę, a roboty mieliśmy różne. Już nawet nie pamiętam od czego dokładnie rozpoczynaliśmy, ale było to chyba sprzątanie stodoły z siana. Dalej, trzeba było rozmontować znajdujące się tam stare bariery, które były pozostałością po dawnej hodowli bydła, wymalować całość, zbudować nową podłogę i kilka innych ciekawych robót. Byliśmy tam jak chłopcy do wszystkiego. Swego czasu przychodzi do nas Martin (MBG) i oznajmia że mamy mu umyć samochód, bo jedzie na wesele swojej siostry. :P Zaraz za niedługo podstawił nam też drugi... Była to w sumie bardzo przyjemna robota i mieliśmy okazje przejechać się tymi jego wypasionymi furami.

   Śmialiśmy się, że za chwile przyjdzie i powie: „chłopaki zesrałem się jak nigdy, zatkało kibel i trzeba mi go przepchać” :P

    Najlepsza robota jaka się nam u niego trafiła polegała na przewożeniu jego gratów, z jednej oddalonej stodoły do drugiej, w której natłukliśmy nową podłogę. Do tego celu używaliśmy ciągnika z wysięgnikiem, a pakunki woziliśmy na paletach. Czas mijał wtedy bardzo przyjemnie i bezstresowo. W późniejszym okresie jeździliśmy dwoma ciągnikami naraz :P

   I tak, z periodycznie zmieniającym się morale dobiliśmy do końca naszej przygody u pana MBG. Ostatniego dnia tak się wkurwiłem, że stwierdziłem, ze żadnej flaszki w tym roku nie dostanie. Jedną z robót było sprzątanie i malowanie stajni, w której była wylana betonowa podłoga. Ostatniego dnia, Martin tłukł tą podłogę robotem, do rozwalania konstrukcji betonowych. (taki pojazd gąsienicowy z młotem pneumatycznym) . Weszliśmy tam do niego przy końcu roboty a on zażyczył sobie aby mu wynieść bariery, które leżały na podłodze. Ok... tylko że kuźwa wcale nie przestał tłuc tym gównem, a hałas przy tym jest taki straszliwy że ledwo własny głos słychać - my bez żadnych ochraniaczy. Bariery w pizdu ciężkie wynosić trzeba było po rozpieprzonej podłodze, gdzie można było nogi połamać, hałas w pizdu, a ten na chwile przestaje i się pyta czy jakiś problem mamy. Nie szło nam za szybko, a on że nie możemy mieć problemu bo jesteśmy „strong polka men”. Mysle. „ Kurwa, zaraz Ci przypierdolę to zobaczysz jaki ze mnie strong polka men...” Nikt nas jako „underhumans” traktować nie będzie. Wynieśliśmy, wszystko na zewnątrz a całość wieźliśmy na widłach ciągnikiem do innego miejsca w stodole. Chyba z całej tej sytuacji Wojtas, nie przyuważył że tłumik w ciągniku wystaje ponad kabinę i urwał kolektor z całą rurą... ehh... ostatni dzień i taki pech... Trudno, ten tyko przylazł, pokręcił oczami na znak swojego ogromnego niezadowolenia i poszedł dalej tłuc tym swoim gównem. Dobrze że to był już ostatni dzień, bo odechciało mi się tam siedzieć... W tym roku Wojtas miał jakiegoś pecha do psucia ;) U Martina prócz wielu pomniejszych „awarii”, które zdarzały się nam obydwóm, Wojtas piłą łańcuchową przeciął jeszcze główny wąż wodny prawie przy samej podłodze ;) Zawór główny znajdował się w bliżej nieokreślonym miejscu, wiec nie można było nic uradzić. Na szczęście MBG był w domu.

   Następnego dnia wyjeżdżaliśmy już do Norwegii, ale wcześniej przez ten okres zwiedzaliśmy co nieco w kolejne niedziele a i w dni robocze wystąpiło kilka ciekawych wydarzeń. A było to tak...

8.07.2007, 15.07.2007, 19.07.2007, 21.07.2007

  W pierwszą niedziele, 8.07 następująca zaraz po pierwszym tygodniu roboty pojechaliśmy tylko na zakupy, tak więc nie ma się o czym rozpisywać, natomiast 15.07 po zakupach ruszyliśmy na małe zwiedzanie miasta. Jedną z ciekawych atrakcji był kościół, w którym ołtarz wykonany jest ze szkła.

  Pod kościołem podszedł do nas gość wielce zainteresowany moim sprzętem. Z wielkim zdziwieniem, patrzył na to cudo, nie wierząc że na tym przyjechałem aż tutaj :P W Szwecji te motocykle nie występują wcale, wiec ludzie tej marki wogóle nie znają. Opowiadał nam co nieco o swoim Bandycie 1200, którego podkręcił podobno na 170 km. Wyścig z Hayabusą był łeb w łeb ;). Z miasta nasza droga prowadziła na strawę do domu, a dalej do miejscowości Nykula, gdzie znajdowała się dość wysoka wieża.

   Wejście kosztowało 20 kr, a w środku stały bardzo rozmaite stare sprzęta. Nie dlatego jednak warto zapłacić za wejście na górę.

   Na samym szczycie (czyt. na dachu) można było podziwiać panoramę całego terenu znajdującego się dookoła. Wieża stała bowiem w najwyższym punkcie pobliskiego rejonu. Po powrocie do domu, pozostało nam jeszcze naprawić pompkę w prymusie, ugotować kolacje i nyny.


   19.07 to nie była niedziela, ale wzięliśmy sobie pół dnia wolnego. W niedziele bowiem wszystko prócz spożywczaków jest pozamykane i nie można nic konkretnego załatwić. Nasze maszyny skierowaliśmy najpierw w stronę salonu motocyklowego, w którym gościliśmy i w zeszłym roku. Niestety, po dość długich oględzinach nie było tam nic dla mnie. Jedyne co jeszcze jako tako mi podchodzi to BMW F650, ale ten wysoko podniesiony tłumik, który zmusza do stosowania kufrów o różnych wymiarach całkowicie mnie do tego gówna zniechęcił. Gdy chcemy siedzieć w pozycji jak na MZ i dysponować podobną ładownością musimy kupić co najmniej GoldWinga, lub BMW K100. Pozostałe gnioty, nawet deklarowane jako turystyczne ze swoją usportowioną pozycją odpadały zaraz w przedbiegach. W zasięgu moich możliwości pozostaje jedynie TransAlp, którego zalety (ale i wady ;) ) doceniłem już w zeszłym, roku. Reszta, tych sportowych i turystycznych tylko z nazwy sprzętów produkuje się dla ludzi, których w motocyklu najwyraźniej podnieca ilość dostępnych koni mechanicznych. Na cholerę 100 km w turystycznym motocyklu... Do spokojnej jazdy w zupełności wystarczy i 40 z bardzo dobrze ulokowanym, wysokim i  dostępnym już z niskich obrotów momentem obrotowym... No, ale to tylko i wyłącznie moje zdanie a o gustach się nie dyskutuje.
   
   Po wizycie w salonie zagościliśmy w informacji turystycznej, gdzie kupiłem kartę do automatu. Koszt połączenia jest spory, ale i tak taniej niż w Roamingu. Za samo połączenie na stacjonarny zabiera nam z karty 5 kr, a na komórkę 10 kr. Koszt rozmowy, w przeliczeniu na złotówki to odpowiednio około 1,6 zł i 3,2 zł za minutę. Występują tam automaty na monety i kartę i tylko na kartę.  Polecam dzwonić z tych tylko na kartę gdyż, pobierają one na starcie przy połączeniu na komórki aż 12 kr, za to połączenia są w cenie 1.6 zł... rzadko jednak taki trafimy...

  21.07 urządziliśmy sobie na pocieszenie małą bibe. Heh, Małego flakona żołądkowej wytrąbiliśmy za sprawą Wojtasowej panny, która stwarzać zaczęła ogromne problemy... Koniec wisiał na włosku, który to włosek z dalszym czasem pękł. Moja panna z kolei napisała, że musze do niej pisać 2 razy dziennie bo się nam nie uda. Wcześniej, stwierdziła, że będzie się cieszyć jeśli chociaż raz odezwę się po całym dniu...  Co za matematycznie obliczony stosunek ilości wysyłanych sms’ów do wpływu na powodzenie związku :P No nic, sprawa jeszcze wtedy nie była skończona, ale z czasem i u mnie znacząco się pogorszyło o czym w dalszej części ;) Do flachy spożyliśmy każdy po całej misce kiślu aby poprawić swój bilans kaloryczny a w radio mieli nadawać jakiś program zatytułowany „Czy warto po latach wracać do pierwszej miłości” ;). Niestety radio jak na złość nie chciało odbierać i koło 24 poszliśmy spać...

22.07.2007, przebieg 40235 km

   Z rana wyruszyliśmy do oddalonej jakieś 70 km Alvesty, w którym znajdowała się, wg broszury informacja turystyczna czynna w niedzielę. Informacje turystyczne w mieścinach średniej wielkości są jedyną możliwością skorzystania z publicznego internetu. Kafejki internetowe o ile w ogóle jakieś w Szwecji istnieją są bardzo rzadko spotykane. Nam się znaleźć nie udało, wiec prawdopodobnie posiadają coś takiego jedynie wielkie aglomeracje miejskie. Po dojechaniu na miejsce okazało się niestety że broszura kłamie ;) Nie kapuje... Czy ludzie tam w niedziele nie podróżują? Po wykonaniu telefonu do mojej jeszcze wtedy Panny, ruszyliśmy do pobliskiego muzeum farmerstwa po drodzę zachaczając o jakiś kościół, które stanowiło drugi punkt naszej wycieczki. Kosztowało to chyba 20 kr, za osobę.

   Wewnątrz były naprawdę ciekawe sprzęta, a najlepszymi okazami były stare ciągniki. To były dopiero maszyny. Dosłownie klocki z żelastwa z dostawioną kierownicą i siedziskiem na tylnim moście ;).
 
   Prócz tego rodzaju maszyn, można tam było obejrzeć, sprzęty wymagające do działania konia, maszyny całkowicie ręczne, piły, kosiarki do trawy i rozmaite sprzęty AGD i RTV. Zwiedzanie zakończyliśmy posiłkiem przyrządzonym z konserwy i kilku kawałków chleba na łonie natury ;).

   Dalsza droga prowadziła do muzeum zabawek, którego nie byliśmy wstanie, po dotarciu na miejsce zlokalizować. Cóż, po zrobieniu zakupów w Vaxio, nadjechaliśmy do domu, gdzie Martin pozwolił skorzystać z netu u siebie na chacie. Gdy każdy sprawdził co chciał, dziękując, opuściliśmy jego lokal i udaliśmy się na spoczynek.

26.07.2007, 29.07.2007,  przebieg 40445 km

   Dnia 26.07, Wojtas spawał swojego gmola urwanego jeszcze w polsce, gdyż MBG pozwolił używać spawarki. Sam również na tym skorzystałem, ponieważ ze spawaniem nigdy nie byłem jako tako zaznajomiony i sam nigdy nie spawałem. W Polsce gdy zaszła taka konieczność zajmował się tym za mnie ojciec. Skoro jednak Martin pozwala, to dlaczego nie podjąć nauki :P Znałem tylko teorie spawu, wiec najwyższy czas sprawdzić było tą wiedze w praktyce. Naniosłem do garażu żelastwa, którego tam nie brakowało no i zaczęło się łączenie tego wszystkiego do kupy ;) Nawet całkiem dobrze mi szło, a nauka nie poszła na marne jak się w dalszej części tego wyjazdu okazało... W trakcie nauki przyszedł do nas ojciec Karin, który akurat znajdował się u nich i zaproponował zamianę swojej Hondy 500 ccm z chyba 73 roku, na moją MZ :P Nie skorzystałem z tej propozycji. Oni również okazali się naszymi przyszłymi pracodawcami, ale o tym w odpowiednim czasie...

   29.07 ruszyliśmy do muzeum starych samochodów, które znajdowało się chyba w okolicach Ljunby (choć dokładnie nie pamiętam). Tego dnia już od rana byłem jakiś taki pijany. Jedziemy sobie jedziemy i w miejscowości Moheda zagapiłem się na jakąś reklamę pił spalinowych, która występowała również u MBG. Tak sobie jadę i myślę, gdzie ja to widziałem, a jak się ocknąłem koło miałem już przy samym krawężniku. Na reakcje było za późno. Po małej szamotaninie ze sprzętem leżałem po chwili na poboczu, rozwalony na ziemi jak żaba. Pierwszy raz w życiu i to na obczyźnie ;) Że mi się na myślenie zebrało jadąc w zakręcie... Teren zabudowany, wiec jechałem ze 40 km/h i nic wielkiego się nie stało. Połamałem tylko prawy ochraniacz dłoni i wygiąłem prawą podnóżkę, pieczołowicie prostowaną niedawno u Martina.;) Mi nie stało się nic, prócz wyraźnych śladów po uderzeniu na prawej rękawicy, nogawce, bucie i rękawie.  Całe zajście widziało kilka osób, ale zainteresowało się mną tylko dwoje starszych ludzi. Szwed i jego małżonka, która jak się okazało potrafiła mówić po polsku. Zawrócili na najbliższym zakręcie aby zapytać co się stało i czy dam rade pojechać dalej. Z tego miejsca drugi raz im dziękuje, choć pewnie nigdy się o tych podziękowaniach nie dowiedzą...

   Po dojechaniu na miejsce spotkaliśmy laskę i faceta podróżujących na Harleyach z lat 30 i 40. Przyjechali ze Szwajcarii. Przed wejściem do muzeum jest sklep, a w nim różnie ciekawe artykuły. Między innymi małe znaki drogowe w stylu. „FBI – Female Body Inspektor”. ;) Samo wejście kosztowało nas chyba po 40 kr na głowę a wewnątrz czekały na nas okazy samochodów z przedziału 1899 do 1960 oraz kilka motocykli w tym wojskowy Harley z koszem z lat dwudziestych.

  Większość tych maszyn zachowana w doskonałym stanie była normalnie zarejestrowana, wiec prawdopodobnie można tym było śmigać po drogach ;) Po zakończeniu wycieczki przyszedł czas na powrót do domu i zakupy.

   Przed jednym z marketów podszedł do nas nawalony Szwed i zaczął opowiadać swoją historię ;). Mówił, ze jechał swoim wozem zintegrowanym z przyczepą kempingową (nie wiem jak się to prawidłowo nazywa) i złapał gumę... Niestety, zamiast zmienić koło na zapasowe, jechał dalej, bo 2 km przed nim było miasto... Opona zapaliła się, po czym cały jego samochód się zajął a potem wybuchł. Ciężko powiedzieć czy prawdę gadał, ale wnikać nie ma przecież sensu. ;)

  Tego dnia zrobiliśmy sobie mały dzień dziecka ;) Kupiliśmy na kolacje prawdziwą szwedzką kiełbasę do zgrzania (która okazała się później parówką ;)) a w drodze do domu wstąpiliśmy na Big Macka Juniora :P

    Tego dnia do wieczora walczyłem z pogiętymi podnóżkami, które znów wyprostowałem i wzmocniłem spawami w kilku miejscach. Mieliśmy akurat czarny hamerait, który został po malowaniu małego wózka konnego. Podnóżki wyglądały prawie jak nówka ;)

1.08.2007, przebieg 40870 km

   No i nadszedł w końcu dzień, w którym rozpoczynaliśmy naszą norweską wyprawę. Po spakowaniu wszystkich naszych gratów, wyruszyliśmy do banku wymienić walutę a dalej do salonu motocyklowego w Vaxio, w którym byliśmy parę tygodni temu. Znajdowały się tam mocno przecenione kaski Nolan’a. Byłem już niemal zdecydowany, gdyż po wcześniejszym sprawdzeniu cen na allegro, były sporo tańsze niż w polsce. Niestety, jakoś w żadnym nie czułem się wystarczająco dobrze. Kupiłem jedynie pokrowce na rękawice i buty, co kosztowało mnie w sumie koło 100 zł i było najgorzej wydaną w moim życiu kasą... W paczce zapakowane były bowiem dwa różne rozmiary, o czym przekonałem się dopiero, gdy chciałem je założyć... paręset kilometrów dalej... jeden był wielki, że 2 buty bym w niego wsadził, natomiast drugi ledwo mogłem dopiąć. Masakra.

   W trasie nie mieliśmy żadnych problemów z naszymi maszynami, natomiast na 30 km przed granicą zatrzymaliśmy się na lanie, gdzie postawiłem etkę na podnóżkach. Lać mi się tak chciało, że całą operację przeprowadzałem w mega pośpiechu. Niestety, choć motocykl niby stał, za sekund 5 zmienił już zdanie na temat swojego pożądanego położenia w przestrzeni i cały obalił się tak, że koła były wyżej niż kierownica... Kuźwa, znowu poszedł ochraniacz dłoni, który połamał się już raz klejony, na niezliczona liczbę mniejszych kawałków. Ehh, po podniesieniu całego sprzęta poszedłem się odlać a po powrocie ukazał się prawdziwy obraz nędzy i rozpaczy... Urwał się prawy stelaż, już wcześniej mocno obciążany wypadkiem, który mi się przydarzył.  Dyndał sobie na jednym z trzech mocowań znajdującym się przy podnóżku. Pozostałe puściły... Tak blisko celu, czas nagli a tu takie problemy. No cóż. Za pomocą kilku ekspanderów i przestawieniu urwanych mocowań udało się ten stelaż jakoś zamocować i podwiesić. Wspierał się na mocowaniu tłumika i samym tłumiku, ale na czas wyjazdu musiało wystarczyć...

   Granicę przekroczyliśmy w okolicach godziny 20, a koło 21 rozpoczęliśmy już szukanie noclegu. Znaleźliśmy cichy kawałek lasu zaraz przy drodze, wiec rozbiliśmy się i położyliśmy spać. Dnia następnego chcieliśmy dojechać do Oslo...

2.07.2007

...ale tylko chcieliśmy bo nigdzie nie dojechaliśmy...;)

   Rano gdy spakowaliśmy rupiecie, wyruszyliśmy w kierunku Oslo ale zapomniałem okularów i musiałem się wrócić. Na szczęście tylko ze 100 metrów... Po dojechaniu na miejsce po chwili pojawił się również Wojtas, stwierdzając że jego maszyna nie chce zapalić. Zobaczyliśmy więc do świec ale były w porządku. Postanowiliśmy poczekać i zjeść śniadanie przy drodze. Może się jej odmieni? :P Niestety, na zmianę zdania odnośnie zakręcenia wałem o własnych siłach nie miała najmniejszej ochoty. Próbowaliśmy też na pych, bo akurat nieopodal droga prowadziła w dół, bez rezultatu... Skończyło się to podnoszeniem zbiornika paliwa, ściąganiem filtru powietrza i wlewaniem paliwa bezpośrednio do gardzieli. Poskutkowało.

  Był to początek problemów, jakie mieliśmy później z tym sprzętem. Po zmontowaniu wszystkiego do kupy, ruszyliśmy autostradą do Oslo, do którego nie dojechaliśmy. Wojtasowi znowu zabrakło paliwa, a dolanie nowej wachy wcale nie skutkowało ponownym rozruchem silnika... W morde, trza było te obładowane pudło zepchnąć z autostrady. Całe szczęście akurat był zjazd... Ale prowadził chyba ze 400 metrów pod górę, a my na nadmiar kalorii nie cierpieliśmy aby sobie na takie marnotrawstwo pozwalać... Co zrobić, społem jakoś daliśmy radę, zasiedliśmy na parkingu i zaczęliśmy dumać, co tu dalej robić... Spożyliśmy w spokoju czekoladę i z racji tego, że minęło już sporo czasu, spróbowaliśmy pchnąć. Na szczęście maszyna chwyciła przebierając co drugi zapłon na jeden cylinder, ale jakoś doszła do siebie.

   Wojtas odjechał i podszedł do niego starszy gość, który był na tym parkingu z psami. Zagadał co i jak, pytał o awarie. Pokazał nam również stację benzynową znajdującą się nieopodal. Na stacji wywiązała się miedzy nimi rozmowa w konsekwencji której mieliśmy dostać u niego robotę na ok. 2 godziny... Nie mieliśmy w sumie ochoty pracować na wczasach, ale poszliśmy pogadać. Miał do wymalowania kilka ramek okiennych i drzwi. Robota prosta jak drut, tak wiec zapytaliśmy ile proponuje na godzinę.. Gość chwile pomyślał, po czym zaoferował 250 kr na osobę!! Nie wtajemniczonych zaraz oświecę, że jest to prawie 120 zł za godzinę malowania okienek!! Postanowiliśmy zostać, bo stwierdziliśmy że było warto. Fiordy nie uciekną.. :P Pojechaliśmy razem z nim zobaczyć, co ma do wymalowania a robota była prosta łatwa i przyjemna. Gość jednak wydawał się dziwny, jechało od niego alkoholem, mieliśmy spore podejrzenia odnośnie całej tej roboty. Kilka razy pytaliśmy o zapewnianą wysokość stawki, ale za każdym razem potwierdzał.

   No dobra, pokazał nam zaraz świetną miejscówkę nad samym morzem północnym, po czym po chwili pojechaliśmy do niego popracować na 1 godzinę, by się co do tej roboty upewnić. Pracowaliśmy w sumie 1,5h ale zapłacić chciał tylko za godzinę... Podpadł nam tym strasznie. Tłumaczył, że przecież pokazał nam gdzię się rozbić etc... No nic, przymknęliśmy na to oko. W końcu i tak nie dostaliśmy mało. Po powrocie na naszą miejscówkę spotkaliśmy trójkę młodych Polaków (2 facetów i pannę), pracujących w Norwegii od dłuższego czasu. Usiedliśmy razem, dzieląc się wrażeniami i popijając Finlandie, która nas poczęstowali. Opowiedzieli nam co nieco na temat bytu Polaków w tym kraju, które zbyt ciekawe nie było. Czas minął miło i przyjemnie, aż godzina zrobiła się późna i po wykonaniu pamiątkowej fotki rozeszliśmy się życząc sobie powodzenia.

Pozostało już tylko rozbić namiot i do spania...

3.07.2007

    Z gościem umówieni byliśmy dopiero na godzinę 10, więc mięliśmy z rana sporo czasu dla siebie. Spokojnie zwinęliśmy obozowisko, zjedliśmy śniadanie po czym po poprawieniu zamocowania urwanego stelaża ruszyliśmy w drogę. Za tą godzinę, która godziną była już naprawdę zapłacił bez najmniejszego problemu. Po zakończeniu roboty z normalnej dyskusji wyszło, że jeździł za młodu w motocrosie, zdobywając nawet jakieś trofea. Dalej okazało się, że był pierwszym w Norwegii importerem maszyn IBM’a. Rozgadałem się z nim strasznie, odnośnie historii komputeryzacji, moim kultowym commodore c64 a także programowania w Assemblerze, które uskuteczniam. Gość miał bardzo wiele ciekawej wiedzy z tamtych lat i aż szkoda mi było odjeżdżać, ale Wojtas się już strasznie niecierpliwił. ;)

   Ruszyliśmy autostradą w kierunku Oslo. Sama droga jest strasznie ruchliwa i wietrzna, więc jedzie się po niej strasznie ciężko i radzę ją omijać. Samo Oslo nie zrobiło na mnie żadnego pozytywnego wrażenia. Ogromne ilości samochodów, tworzących niesłychane ilości korków. Jedzie się przez tę mieścinę strasznie nerwowo i nie ma chwili, w której można by spuścić oko z kierunku jazdy. Już na samym wjeździe jakiś pieprzony arab w taksówce by mnie rozjechał, na co pokazałem idiocie że ma się puknąć w łeb. Jeszcze się wielce śmiał oburzać cholera ;) Jak by się zatrzymał, zaraz bym mu ten turban na głowie przestawił...:P

    Przed samym miastem był ogromny korek. Zaczęliśmy się przepychać, ale niestety Wojtas przepchał się za daleko, a droga w dalszej części korka zwężała się i uniemożliwiała wymijanie samochodów obładowana etką. Skutkiem tego było, że na rozjeździe ja pojechałem na dół a on do góry i zgubienie gotowe. Straciliśmy sporo czasu na szukanie własnych osób, po czym Wojtas napisał, że spotkamy się na wylotówce do Trondheim i tam też udało nam się znaleźć.

    Ruszyliśmy wzdłóż trasy, która polecała nam Karin, ale jakoś nic wielce ekscytującego nie widzieliśmy. Owszem. Widoki nie były najgorsze, ale nie było to jednak to, czego byśmy oboje oczekiwali.;) Po przejechaniu tak 70 km za Oslo zrobiliśmy przystanek na obiad. Zagadałem tam do małżeństwa podróżującego Goldasem a oni zrazu uświadomili mnie gdzie naprawdę jest to Trollstigen, którym Karin się tak zachwycała. Było to grubo 700 km od nas i całkowicie po przeciwnej stronie Norwegii.:( Byliśmy niepocieszeni. Miałem wizję kolejnego straconego dnia, a za dwa mieliśmy już wracać do Szwecji na umówione spotkanie z rodzicami żony MBG... Nic, Wojtas zarzucił pomysł, który mi też chodził po głowie mianowicie „to może jedziemy całą noc” :P Miny od razu się nam poprawiły, morale wzrosło i żwawo ruszyliśmy w drogę. W trasie znaleźliśmy jeszcze jeziorko, w którym zasięgnęliśmy toalety i już bez przeszkód ruszyliśmy przed siebie.

   Kilometry leciały i leciały tak jak i godziny więc w miedzyczasie zmienił się dzień na 4.08 ;) . Po drodze mijaliśmy Lillehammer, w którym organizowano olimpiadę zimową w 94 roku. Skocznie narciarskie położone są na stokach gór, które robiły się już naprawdę wysokie. Widoki były coraz lepsze i lepsze, aż w końcu zastała nas noc a z nocą przyszło znaczne obniżenie temperatur. Jazdę uprzyjemniało zjawisko „gonienia dnia”.

  W trakcie jazdy za nami chciało robić się coraz ciemniej, ale że cały czas jechaliśmy na północ, ciągle wydłużający się dzień mieliśmy przed sobą :P Super! Otaczające nas cienie gór, pozwalały wnioskować, że rano z całą pewnością nie będziemy zawiedzeni...

   Zatrzymaliśmy się w przydrożnym hotelu w okolicach 2 nad ranem ze względu na to że robiło się naprawdę przeraźliwie zimno... Stała tam akurat mała budka do której można było usiąść. Przekiblowaliśmy w niej do świtu czyli do ok. 4, spiliśmy po herbatce i ruszyliśmy w dalszą drogę. Do Trollstigen pozostało może ze 20 km... Po dojechaniu na miejsce, naszym oczom ukazał się piorunujący widok :) Zdjęcia nie oddają tego nawet w połowie. Człowiek, musi to zobaczyć na własne oczy. Potęga gór, otaczających nas z każdej strony, wodospady, lodowce a droga prowadzi nas między tym wszystkim...Przy wjeździe do Trollstigen stoi ponoć jedyny na świecie znak uwaga trole, na którego nie zwróciłem w ogóle większej uwagi. Nie przypuszczałem, że jest to coś wyjątkowego, a nawet o tym nie wiedziałem ;) O tym że był to znak, uwaga trole dowiedziałem się z netu dopiero w Polsce ;) Wcześniej myślałem że to jakiś rodzaj zwierza :P Znak to biały trójkąt z czerwoną obwódką z narysowanym wewnątrz małym ludzikiem. A reszta..., wystarczy popatrzeć na zdjęcia...

Droga do Trollstigen zapowiada co nas czeka...

Tutaj jesteśmy już znacznie bliżej...

I na miejscu. Przyglądając sie temu zdjęciu możemy wywnioskować, skad się wzięła nazwa Trollstigen...

Droga do góry...


Nad wodospadem przerzucony jest kamienny most...

...który widać w oddali na tym zdjęciu. ;) To tylko ułamek tej drogi...

   Wrażenia z jazdy po czymś takim są niesamowite!. Cała nasza podróż przez Norwegie to w większości jazda i podziwianie widoków, które nas otaczały. Z Trollstigen ruszyliśmy już na południe na następną serpentynę. Ciut mniej widowiskową niż ta, a do tego pokonywaną przez nas z górki ;) Przez 10 km można było wcale nie używać do jazdy silnika ;) Nazywała się chyba Geiranger. Na trasie strzelałem niewiele fotek, gdyż ciężko objąć całość aparatem. Co ciekawsze ujęcia jakie udało mi się złapać można zobaczyć poniżej. Tutaj trzeba przyjechać z pasażerem, który filmuje to wszystko kamerą. Jest na co popatrzeć...


Moje zdjęcie do ramki 40x30 cm i na ścianę w pokoju... PIĘKNE!!

   Przeprawy promowe są płatne. Ceny kształtują się w okolicach 40 NOK, a skorzystać z tych usług trzeba, gdyż innej drogi po prostu niema...




  W planach mieliśmy teraz uderzyć do Bergen, które to miasto jest ponoć jednym z najpiękniejszych w Norwegii. Niestety. W połowie tego dnia rozpadało się okrutnie, widoczność była strasznie ograniczona aż w końcu na jednej ze stacji podjęliśmy decyzje że damy sobie spokój... Byliśmy już wycięczeni ciągłą jazdą, gdyż na karku bez snu mieliśmy już prawie 1000 km jazdy po górach... Do tego temperatura rzędu 10 stopni, mgły gęste jak mleko, drogi szerokie na półtora pasa z przepaściami zaraz obok i podjazdy na których mogłem zapomnieć o 4 biegu... Nie było gdzie się ogrzać. Obydwoje mieliśmy mokro w butach. Pokrowce, które kupiłem, okazały się gówno warte, gdyż podarły się wpuszczając wodę do środka. Na domiar złego dopiero wtedy zauważyłem, że rozwaliłem przez okres bycia w Norwegii, impregnacje skóry do podeszwy w lewym bucie i cały nasiąknął wodą. W prawym na szczęście nic takiego się nie stało i był mokry tylko u samej góry... Bergen i południe Norwegii zostawiłem więc sobie na inną okazje. Mam nadzieje, że uda mi się tu kiedyś przyjechać we dwoje...

    Uderzyliśmy więc w kierunku na Oslo, omijając jak największy fragment autostrady. Ehh, trasy były piękne, góry, droga i my a dookoła żywej duszy. Od czasu do czasu jakiś domek... Miód malina...

   I tak jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu znowu zapadła noc. Znowu zimno a to już druga noc, która praktycznie non stop jesteśmy w siodle... Zmęczenie strasznie dało nam się we znaki... W jednej miejscowości ok. 80 ok. od Oslo postanowiliśmy się na chwilę zatrzymać i przybić gwoździa na ławkach znajdujących się przy informacji turystycznej. Leżeliśmy w pełnym rynsztunku, w kaskach ;) Ja dodatkowo przykryty śpiworem... Było przeraźliwie zimno, a po godzinie obudziłem się trzęsąc jak gówno na galarecie... Szybko się przebiegłem, aby podnieść trochę temperaturę ciała i zaraz też obudziłem Wojtasa, który leżał na gołej ziemi, nawet bez przykrycia...

  Gorący kisiel i herbata nie pomogły za wiele, ponieważ byliśmy już zbyt wyziębieni. Ruszyliśmy dalej do Oslo... Zimnica jak sto ch.... W trasie, szczytowa prędkość nie przekraczała 60 km/h. Jechałem już jak robot, by po chwili spostrzec, że Wojtasa za mną nie ma... Gdy dojechałem do niego stojącego na uboczu, zostało mi zaraz radośnie uświadomione, że maszyna znowu nie chce zapalić.. :P Widać nie mieliśmy jechać... I co teraz, środek lasu a do najbliższego ośrodka chyba z 4 czy 5 km pchania pod górę... Rozgrzewkę mieliśmy jak jasny gwint. Pod ośrodkiem, Wojtas odkrył sposób na humory swojego pojazdu, który polegał na wstrzykiwaniu paliwa bezpośrednio do węży prowadzących do króćców ssących. Straciliśmy na całą tą zabawę 2 godziny. Zaraz też pojechaliśmy na miejsce, w którym spaliśmy na ławkach ostatnio by rozbić tam namiot i położyć spać... Nic mnie nie obchodziło, że to środek miasta :P Wywaliłem wszystko z lois’a, rozebrałem z kombinezonu i spać... Ach, jaka to była przyjemna chwila po takich wrażeniach i około 1300 przejechanych bez snu kilometrach. Było to chyba koło 4 nad ranem...

5.08.2007

   Ten dzień rozpoczął się niepostrzeżenie już wcześniej. ;) W okolicach 10 obudziłem się słysząc dookoła same wrzaski znajdujących się nieopodal ludzi. Jakieś dzieciaki darły mi się zaraz niedaleko namiotu, wiec dalsze leżenie było mordęgą... ;) Wyturlałem się z namiotu a moim oczom ukazał się syf, który został przeze mnie zostawiony parę godzin wcześniej. ;) Wszystko co miałem w louisie porospiepszane po całym trawniku i stole. Nikt jednak nie miał ochoty niczego stamtąd ukraść. Dookoła pełno ludzi i nikt nawet nie bąknął że koczujemy w samym środku miasta. Zaraz też uprzątnąłem cały ten bałagan i po zapakowaniu wszystkiego na mój nieustraszony pojazd, zjedzeniu śniadania i zatankowaniu ruszyliśmy w dalszą drogę.

  Mieliśmy tego dnia dojechać już do naszych nowych pracodawców, którzy mieszkali niedaleko drugiego co do wielkości jeziora w Szwecji. Trasa przebiegała spokojnie i bez najmniejszych problemów. Przed samym Oslo, jechaliśmy autostradą, gdyż innej opcji po prostu nie było. Wichura jak jasny gwint. O piątym biegu można było zapomnieć, a nieraz trudno było utrzymać prędkość i na 4... Dosłownie Huragan. Rzucało całą etką na lewo i prawo... Warunki poprawiły się dopiero w Szwecji, gdzie już bez przeszkód dojechaliśmy na miejsce po około 2300 km pokonanych przez te 5 dni... Byliśmy już strasznie zmęczeni i żyliśmy nadzieją, że u rodziców Karin spotka nas naprawdę miłe przywitanie... Nie pomyliliśmy się...

   Na miejscu na które zajechaliśmy pod wieczór. Zaraz poczęstowano nas mocną kawą, która po takiej podróży smakowała niczym boska ambrozja i ciastkiem. Pokazano miejsce naszego spoczynku i lokalizacje prysznica u nich w domu. Ahh.. Człowiek zaczyna doceniać takie dobra cywilizacyjne, dopiero gdy poczuje smak życia bez nich... ;)  Stałem pod tym prysznicem z gorącą wodą i stałem, delektując się każdą ciepłą kroplą... Po krótkiej pogawędce, obejrzeniu tej Hondy, którą Ojciec Karin chciał zamienić na MZ poszliśmy spać...


6.08.2007 – 11.08.2007


    U naszych nowych pracodawców pracowaliśmy pełny tydzień. Zaczynaliśmy od pracy przy dachu na ich domu, który miał zostać zdeka przerobiony. Czekało nas wiec ściąganie dachówek i budowa kafra. Po wykonaniu tej roboty, przyszedł czas na rozwalanie starego betonowego komina, budowę posadzki z płytek chodnikowych a w dalszej kolejności wycinanie buszu. Ojciec Karin o imieniu zbyt trudnym do zapamiętania ;) pracował większość czasu razem z nami.

  Byli to naprawdę gościnni i mili ludzie. Pierwszego dnia po robocie, mama Karin przychodzi do nas i mówi że zaprasza na kolacje!! Dla nas szok... poszliśmy skoro prosi, a tam pieczony kurczaczek, ziemniaczki, sosik, suróweczki, winko i browar!! Aż się obawiałem doznać szoku kalorycznego, bo takim czasie żywienia się konserwami i sosami z paczek :P. I nie był to jednorazowy przypadek, codziennie przez 6 dni jakie tam robiliśmy czekała na nas pyszna kolacja.

  Bardzo miło wspominam ten okres, nie chodzi tutaj o to, że stawiali nam kolacje czy zapewniali godziwe warunki pracy. Chodzi bardziej o to, że przy wspólnym posiłku można było porozmawiać o różnicach w mentalności, obyczajach itp. występujących w naszych krajach. To bardzo ciekawa lekcja wzajemnej kultury... U nich też, w międzyczasie pospawałem mój urwany stelaż.

12.08.2007

   Wszystko co dobre ma jednak i swój koniec. Tego dnia po spakowaniu gratów, wysprzątaniu i pożegnaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przedtem jeszcze wymieniliśmy się adresami zostawiając w prezencie dwie flaszki. Żołądkową i Żubrówkę. Zasłużyli sobie na co najmniej litra tych trunków, ale więcej nie mieliśmy..

   Skierowaliśmy się w stronę Falkoping, do znajdującego się tam muzeum motocykli. Muzeum jest prywatne a w zbiorach posiadają 120 maszyn. Sprzęta mają tam tak niespotykane i nie znane że naprawdę jest to obowiązkowe miejsce dla każdego fana motocykli. Wejście kosztowało 40 kr.  Najstarszy motocykl był z 1904 roku. Na chodzie!! Inne marki, które się tam przewijały to DKW. Norton, Ariel, Sunbeam. Triumph, Monark, Mińsk, IFA, Honda, BMW, MW 750, Matchles, Jap. Nazw było więcej, ale nie zapamiętałem reszty. Świetną sprawą było w tym muzeum to, że nie ma tam karteczek w stylu „don’t touch”. 99% sprzętów jest na chodzie wiec można je było spokojnie omacać ;). Gość sam pokazywał, jak działają różne mechanizmy zawieszenia, w silnikach znajdujących się w przekroju ściągał pokrywy, aby pokazać wszystkie rozwiązania konstrukcyjne... Mieli tam też polskie żużlowe silniki FIS, które polską miały tylko nazwę, gdyż były idealną kopią JAP’a...


   Po zakończeniu zwiedzania, mieliśmy jechać do naszych nowych pracodawców, załatwionych przez poprzednich. Mieliśmy, bo okazało się że zostawiłem sprzęta na postojówkach i do jazdy zabrakło już prądów ;) Motocykl zapaliliśmy z akumulatora Diversiony prądu pożyczając z tylniej lampy. Pomógł nam zainteresowany właściciel muzeum, który poratował nas kablami. W sumie nie zrozumiał do końca o co mi chodziło, gdyż ja pytałem czy nie posiada kabli z klemami, na co odpowiedział że ma i przyniósł zwykły przewód, którego i ja miałem pełno :P Najważniejsza jest jednak chęć pomocy...

   Po zajechaniu na miejsce, wylatuje gość... Zupełnie zakręcony. Po angielsku ledwo mówił a zrozumieć go to była porażka. Nie mówi nic o robocie, tylko od razu „you’re as my friend here” :P Zaraz nam pokazuje swój domek nad jeziorem, gdzie mieliśmy spać. Gość tak zamotany, że szkoda gadać. Wojtasowi od razu odechciało się robić. Gdy prosiliśmy, aby wyszedł do nas jego syn bo nie mogliśmy się dogadać nie było to możliwe... bo on teraz je... nie przyszedł wcale...

   Ehh, a robota? Kamieniołom... Układanie głazów w jego małej zatoce a te głazy, ważyły więcej niż my... Postanowiliśmy jednak zaryzykować i zostać na jeden dzień. Wypłatę kazaliśmy dawać po każdym dniu pracy na co przystał, wiec jeden dzień mogliśmy zaryzykować.

13.08.2007 – 16.08.2007

   Robota okazała się jednak nie tak zła a gość okazał się bardzo miły i życzliwy. Ostatnio chciał być widać tak miły, że aż mu nie wyszło :) Zatokę z tych głazów układaliśmy chyba ze 2 dni. Niektóre były tak ciężkie, że przeważały mnie na wózku ;) Przerzuciliśmy w tej robocie kilka ton... Pogawędki z gościem przebiegały łamaną angielszczyzną pomieszaną ze szwedzkim. Śmiesznie było... Dzień zaczynaliśmy jego zdaniem „i sink we started with stones”. Raz przy kawie, którą nas częstował dwa razy dziennie.. ”this is my gurka and tomato”... i wiele innych.

   Po zatoce przyszła pora na budowę czegoś w rodzaju drzwi z drewna zamykających dostęp do drewnianego tarasu od dołu. I tak dobiliśmy już do końca pobytu...

17.08.2007

  Tego dnia byliśmy już bezrobotni, gdyż nasz poprzednik niczego nie mógł załatwić. Postanowiliśmy wiec pojechać trochę na południe, aby z ewentualnej nowej pracy mieć bliżej do domu. Powrót bowiem został już ustalony i przebiegał przez Niemcy i Danię. Wcześniej zahaczyliśmy tez o inny salon motocyklowy, aby zobaczyć co tam mają. Podjechaliśmy 200 km na południe i rozpoczęliśmy poszukiwania. Niestety na marne. Polaków, było tam chyba więcej niż Szwedów. ;)

Idealna pozycja dla motocyklisty. Aby zrobić kupę, nie trzeba tu zsiadać z motocykla...:P
 
    Nie podniosło to naszego morale, które nie było i tak zbyt wysokie. Zapadła wiec decyzja że jedziemy do domu. Morale znów skoczyło, choć pozostał we mnie pewien niedosyt. Wracać mieliśmy bowiem dopiero za tydzień...Nic to. Po spożyciu zupki wyjechaliśmy w drogę. 

   Zatrzymaliśmy się dopiero w Mcdonaldzie w Malmo, aby wypocząć i zjeść coś ciepłego. Posiedzieliśmy tam próbując zasnąć ze 2 godziny, po czym ruszyliśmy dalej.


Ostatnie foto w Szwecji...

   Do Dani prowadzi jeden z najdłuższych mostów na świecie, który przechodzi dalej w tunel pod Bałtykiem. Opłata za przejazd to 165 kr.

   Dalej czekała na nas Kopenhaga. Trochę zabłądziliśmy szukajac zjazdu z autostrady, ale jakoś się udało. Ogromne miasto, które o tej godzinie tętniło życiem aż miło... Polaków też tam słychać ;)


   Z Kopenhagi ruszyliśmy prosto na prom do Niemiec. W trasie w sumie nic się nie działo, choć mieliśmy obawy o stan paliwa w naszych zbiornikach. Starczyło jednak bez problemu ;) Dojechaliśmy na prom, nie mając w ogóle duńskiej waluty. W okienku okazało się jednak że można płacić i w koronach szwedzkich... Ufff...

Koniec Dani, w tle prom do Niemiec

  Niemcy to już właściwie przelot autobahnem. Na liczniku przez większość ponad 300 kilometrowej trasy miałem 110 km/h. Spieszyło się nam do domu... Znowu były cyrki z ilością paliwa i do Szczecina, w którym przekraczaliśmy granice wjechaliśmy na styk ;) Z wymiany walut w kieszeni mieliśmy tylko po 25 euro, za co przejechaliśmy całe Niemcy ;)

   Na trasie wydarzyła się bardzo niebezpieczna przygoda. Mianowicie obydwoje byliśmy już nieźle zmęczeni i z trudem utrzymywałem otwarte oczy. Patrzyłem już tylko gdzie tu zjechać i walnąć się spać... Decyzje że zjeżdżamy najszybciej jak się tylko da przyspieszył Wojtas, który przysnął za sterami i wpakował mi się prosto w dupę... W pierwszej chwili nie wiedziałem co się stało. Mocno podrzuciło całym sprzętem, który jednak udało utrzymać się na kursie. Pierwszą myślą było że łańcuch się zerwał i poszedł przez osłonę. Po zatrzymaniu okazało się jednak ze wszystko ok., a Wojtas uświadomił mnie co się stało. Prawdopodobnie pękła wtedy szprycha w tylnim kole ale jeszcze o tym nie wiedziałem, bo znać o sobie dała dopiero w polsce...


Szczecin...

...w Szczecinie na stacji benzynowej. Coś strasznie zaczęło walić w tylnim kole, nieraz blokując je całkowicie.  Wydawało się w pierwszej chwili, ze łożyska się posypały, ale przecież koło nie miało luzów. Dopiero po chwili zauważyłem co się stało... Kawałek brakującej szprychy wpadł do bębna i narobił tam niemałego bałaganu. Trzeba było odkręcić koło, wysypać ten cały syf ze środka i można było jechać bez przeszkód dalej... Na miejsce do Międzychodu zajechaliśmy już pod wieczór robiąc znowu pod 1300 km bez większego postoju na spanie...

Podsumowując...

   Wyjazd był po prostu piękny... Po pierwsze dziękuje Wojtkowi za towarzystwo i wspólne podróżowanie i w tym roku. Zrobiłem trochę ponad 4900 km, spalając wg zapisków 3,8 litra na 100 km. Z tym spalaniem jednak nie jestem całkowicie pewien, ponieważ choć zapisywałem ilość tankowanych litrów, w obliczeniach na bieżąco wychodziło, że pali zawsze ok. 4.2-4,5. Jestem raczej skłonny uwierzyć w te drugie liczby ;) Nigdy natomiast nie udało się przekroczyć 5. Nawet w Trollstigen, gdzie 3 biegu używało się jedynie okazjonalnie.  Prędkości przelotowe nigdy nie spadały poniżej 80, a zazwyczaj jechaliśmy w okolicach 90 km/h. Bilans strat...

-    Dziewczyna imieniem Karolina ;)
-    Połamany 2 razy ochraniacz dłoni.
-    Ukręcona linka obrotomierza na autostradzie w Niemczech
-    Pęknięta szprycha.
-    Urwany podczas upadku stelaż, pospawany jeszcze na wyjeździe

Wróciłem do polski z przebiegiem 44290 km na nominalnym, jeszcze oryginalnym cylindrze.

   Cóż, wszystko co piękne szybko się kończy... Wyprawa na parę tysięcy km, na tak relatywnie długi względem normalnego urlopu okres czasu to niesamowita przygoda i prawdziwa szkoła życia. Tylko Ty i Twoja maszyna... Jeśli na dodatek poskładało się swój motocykl samemu,  człowiek z każdym następnym kilometrem, dostaje coraz większego banana na gębie... w sumie po tej wyprawie 150’tka pod moim tyłkiem przejechała już 17 tyś km, a przez ten okres do listy awarii na trasie trzeba dopisać jeszcze czujnik stopu przy klamce przedniego hamulca...

   Była to prawdopodobnie moja ostatnia tak długa wyprawa i naprawdę się na niej nie zawiodłem. Cóż, studia się skończyły, a ze studiami i wakacje... Czas zacząć tyrać w Polsce i zadowalać dwoma tygodniami urlopu...:P 
Tak więc młodszy czytelniku tych moich wywodów: PODRÓŻUJ PÓKI CZAS!!! :)

Pozdrawiam Serdecznie!!

Intr




copyright: intr