|
Skandynawia podejście drugie. Tak jak i w zeszłym roku udaliśmy się po raz kolejny na podbój Skandynawii. Skład osobowy ten sam, choć park maszynowy uległ małej zmianie. Po zeszłorocznej eskapadzie Wojtas wymienił swoją 250’tkę na Yamahe Diversion 600. Mi natomiast, japońskie sprzęty wcale nie odpowiadają, więc pozostałem wierny swojej MZ. Objechaliśmy w tym roku spory kawał świata, a i przygód mieliśmy znacznie więcej. Mogę śmiało powiedzieć, że wspominam ten wyjazd o wiele lepiej niż zeszłoroczny. Ostatnio było za dobrze :P. Nic się nie psuło, nie urwało a cały wyjazd przeszedł gładko jak po maśle :P Co takiego wyjątkowego zdarzyło się w tym roku, możecie przeczytać poniżej :) 3.07.2007, przebieg 39360 km 4.07.2007 Po zjechaniu z promu ruszyliśmy zrazu na umówione spotkanie z „Must be good”. Tym samym co w zeszłym roku. Na ten sezon, udało się nam załatwić fuchę już na starcie, tak wiec nie musieliśmy się oto martwić. Od miejsca docelowego dzieliło nas około 250 km w trakcie których zatrzymaliśmy się w przydrożnej budzie aby wciągnąć jakieś śniadanko. Jak zeszłego roku, do gotowania używaliśmy niezniszczalnego prymusa a strawą były konserwy i pasztety z chlebem. Trasa przebiegła spokojnie i bez problemów. 5.07.2007 – 31.07.2007 I tak, z periodycznie zmieniającym się morale dobiliśmy do końca naszej przygody u pana MBG. Ostatniego dnia tak się wkurwiłem, że stwierdziłem, ze żadnej flaszki w tym roku nie dostanie. Jedną z robót było sprzątanie i malowanie stajni, w której była wylana betonowa podłoga. Ostatniego dnia, Martin tłukł tą podłogę robotem, do rozwalania konstrukcji betonowych. (taki pojazd gąsienicowy z młotem pneumatycznym) . Weszliśmy tam do niego przy końcu roboty a on zażyczył sobie aby mu wynieść bariery, które leżały na podłodze. Ok... tylko że kuźwa wcale nie przestał tłuc tym gównem, a hałas przy tym jest taki straszliwy że ledwo własny głos słychać - my bez żadnych ochraniaczy. Bariery w pizdu ciężkie wynosić trzeba było po rozpieprzonej podłodze, gdzie można było nogi połamać, hałas w pizdu, a ten na chwile przestaje i się pyta czy jakiś problem mamy. Nie szło nam za szybko, a on że nie możemy mieć problemu bo jesteśmy „strong polka men”. Mysle. „ Kurwa, zaraz Ci przypierdolę to zobaczysz jaki ze mnie strong polka men...” Nikt nas jako „underhumans” traktować nie będzie. Wynieśliśmy, wszystko na zewnątrz a całość wieźliśmy na widłach ciągnikiem do innego miejsca w stodole. Chyba z całej tej sytuacji Wojtas, nie przyuważył że tłumik w ciągniku wystaje ponad kabinę i urwał kolektor z całą rurą... ehh... ostatni dzień i taki pech... Trudno, ten tyko przylazł, pokręcił oczami na znak swojego ogromnego niezadowolenia i poszedł dalej tłuc tym swoim gównem. Dobrze że to był już ostatni dzień, bo odechciało mi się tam siedzieć... W tym roku Wojtas miał jakiegoś pecha do psucia ;) U Martina prócz wielu pomniejszych „awarii”, które zdarzały się nam obydwóm, Wojtas piłą łańcuchową przeciął jeszcze główny wąż wodny prawie przy samej podłodze ;) Zawór główny znajdował się w bliżej nieokreślonym miejscu, wiec nie można było nic uradzić. Na szczęście MBG był w domu. 8.07.2007, 15.07.2007, 19.07.2007, 21.07.2007 W pierwszą niedziele, 8.07 następująca zaraz po pierwszym tygodniu roboty pojechaliśmy tylko na zakupy, tak więc nie ma się o czym rozpisywać, natomiast 15.07 po zakupach ruszyliśmy na małe zwiedzanie miasta. Jedną z ciekawych atrakcji był kościół, w którym ołtarz wykonany jest ze szkła. 19.07 to nie była niedziela, ale wzięliśmy sobie pół dnia wolnego. W niedziele bowiem wszystko prócz spożywczaków jest pozamykane i nie można nic konkretnego załatwić. Nasze maszyny skierowaliśmy najpierw w stronę salonu motocyklowego, w którym gościliśmy i w zeszłym roku. Niestety, po dość długich oględzinach nie było tam nic dla mnie. Jedyne co jeszcze jako tako mi podchodzi to BMW F650, ale ten wysoko podniesiony tłumik, który zmusza do stosowania kufrów o różnych wymiarach całkowicie mnie do tego gówna zniechęcił. Gdy chcemy siedzieć w pozycji jak na MZ i dysponować podobną ładownością musimy kupić co najmniej GoldWinga, lub BMW K100. Pozostałe gnioty, nawet deklarowane jako turystyczne ze swoją usportowioną pozycją odpadały zaraz w przedbiegach. W zasięgu moich możliwości pozostaje jedynie TransAlp, którego zalety (ale i wady ;) ) doceniłem już w zeszłym, roku. Reszta, tych sportowych i turystycznych tylko z nazwy sprzętów produkuje się dla ludzi, których w motocyklu najwyraźniej podnieca ilość dostępnych koni mechanicznych. Na cholerę 100 km w turystycznym motocyklu... Do spokojnej jazdy w zupełności wystarczy i 40 z bardzo dobrze ulokowanym, wysokim i dostępnym już z niskich obrotów momentem obrotowym... No, ale to tylko i wyłącznie moje zdanie a o gustach się nie dyskutuje. Po wizycie w salonie zagościliśmy w informacji turystycznej, gdzie kupiłem kartę do automatu. Koszt połączenia jest spory, ale i tak taniej niż w Roamingu. Za samo połączenie na stacjonarny zabiera nam z karty 5 kr, a na komórkę 10 kr. Koszt rozmowy, w przeliczeniu na złotówki to odpowiednio około 1,6 zł i 3,2 zł za minutę. Występują tam automaty na monety i kartę i tylko na kartę. Polecam dzwonić z tych tylko na kartę gdyż, pobierają one na starcie przy połączeniu na komórki aż 12 kr, za to połączenia są w cenie 1.6 zł... rzadko jednak taki trafimy... 22.07.2007, przebieg 40235 km Z rana wyruszyliśmy do oddalonej jakieś 70 km Alvesty, w którym znajdowała się, wg broszury informacja turystyczna czynna w niedzielę. Informacje turystyczne w mieścinach średniej wielkości są jedyną możliwością skorzystania z publicznego internetu. Kafejki internetowe o ile w ogóle jakieś w Szwecji istnieją są bardzo rzadko spotykane. Nam się znaleźć nie udało, wiec prawdopodobnie posiadają coś takiego jedynie wielkie aglomeracje miejskie. Po dojechaniu na miejsce okazało się niestety że broszura kłamie ;) Nie kapuje... Czy ludzie tam w niedziele nie podróżują? Po wykonaniu telefonu do mojej jeszcze wtedy Panny, ruszyliśmy do pobliskiego muzeum farmerstwa po drodzę zachaczając o jakiś kościół, które stanowiło drugi punkt naszej wycieczki. Kosztowało to chyba 20 kr, za osobę. 26.07.2007, 29.07.2007, przebieg 40445 km 29.07 ruszyliśmy do muzeum starych samochodów, które znajdowało się chyba w okolicach Ljunby (choć dokładnie nie pamiętam). Tego dnia już od rana byłem jakiś taki pijany. Jedziemy sobie jedziemy i w miejscowości Moheda zagapiłem się na jakąś reklamę pił spalinowych, która występowała również u MBG. Tak sobie jadę i myślę, gdzie ja to widziałem, a jak się ocknąłem koło miałem już przy samym krawężniku. Na reakcje było za późno. Po małej szamotaninie ze sprzętem leżałem po chwili na poboczu, rozwalony na ziemi jak żaba. Pierwszy raz w życiu i to na obczyźnie ;) Że mi się na myślenie zebrało jadąc w zakręcie... Teren zabudowany, wiec jechałem ze 40 km/h i nic wielkiego się nie stało. Połamałem tylko prawy ochraniacz dłoni i wygiąłem prawą podnóżkę, pieczołowicie prostowaną niedawno u Martina.;) Mi nie stało się nic, prócz wyraźnych śladów po uderzeniu na prawej rękawicy, nogawce, bucie i rękawie. Całe zajście widziało kilka osób, ale zainteresowało się mną tylko dwoje starszych ludzi. Szwed i jego małżonka, która jak się okazało potrafiła mówić po polsku. Zawrócili na najbliższym zakręcie aby zapytać co się stało i czy dam rade pojechać dalej. Z tego miejsca drugi raz im dziękuje, choć pewnie nigdy się o tych podziękowaniach nie dowiedzą... Po dojechaniu na miejsce spotkaliśmy laskę i faceta podróżujących na Harleyach z lat 30 i 40. Przyjechali ze Szwajcarii. Przed wejściem do muzeum jest sklep, a w nim różnie ciekawe artykuły. Między innymi małe znaki drogowe w stylu. „FBI – Female Body Inspektor”. ;) Samo wejście kosztowało nas chyba po 40 kr na głowę a wewnątrz czekały na nas okazy samochodów z przedziału 1899 do 1960 oraz kilka motocykli w tym wojskowy Harley z koszem z lat dwudziestych. Tego dnia do wieczora walczyłem z pogiętymi podnóżkami, które znów wyprostowałem i wzmocniłem spawami w kilku miejscach. Mieliśmy akurat czarny hamerait, który został po malowaniu małego wózka konnego. Podnóżki wyglądały prawie jak nówka ;) 1.08.2007, przebieg 40870 km No i nadszedł w końcu dzień, w którym rozpoczynaliśmy naszą norweską wyprawę. Po spakowaniu wszystkich naszych gratów, wyruszyliśmy do banku wymienić walutę a dalej do salonu motocyklowego w Vaxio, w którym byliśmy parę tygodni temu. Znajdowały się tam mocno przecenione kaski Nolan’a. Byłem już niemal zdecydowany, gdyż po wcześniejszym sprawdzeniu cen na allegro, były sporo tańsze niż w polsce. Niestety, jakoś w żadnym nie czułem się wystarczająco dobrze. Kupiłem jedynie pokrowce na rękawice i buty, co kosztowało mnie w sumie koło 100 zł i było najgorzej wydaną w moim życiu kasą... W paczce zapakowane były bowiem dwa różne rozmiary, o czym przekonałem się dopiero, gdy chciałem je założyć... paręset kilometrów dalej... jeden był wielki, że 2 buty bym w niego wsadził, natomiast drugi ledwo mogłem dopiąć. Masakra. 2.07.2007 ...ale tylko chcieliśmy bo nigdzie nie dojechaliśmy...;) Wojtas odjechał i podszedł do niego starszy gość, który był na tym parkingu z psami. Zagadał co i jak, pytał o awarie. Pokazał nam również stację benzynową znajdującą się nieopodal. Na stacji wywiązała się miedzy nimi rozmowa w konsekwencji której mieliśmy dostać u niego robotę na ok. 2 godziny... Nie mieliśmy w sumie ochoty pracować na wczasach, ale poszliśmy pogadać. Miał do wymalowania kilka ramek okiennych i drzwi. Robota prosta jak drut, tak wiec zapytaliśmy ile proponuje na godzinę.. Gość chwile pomyślał, po czym zaoferował 250 kr na osobę!! Nie wtajemniczonych zaraz oświecę, że jest to prawie 120 zł za godzinę malowania okienek!! Postanowiliśmy zostać, bo stwierdziliśmy że było warto. Fiordy nie uciekną.. :P Pojechaliśmy razem z nim zobaczyć, co ma do wymalowania a robota była prosta łatwa i przyjemna. Gość jednak wydawał się dziwny, jechało od niego alkoholem, mieliśmy spore podejrzenia odnośnie całej tej roboty. Kilka razy pytaliśmy o zapewnianą wysokość stawki, ale za każdym razem potwierdzał. Pozostało już tylko rozbić namiot i do spania... 3.07.2007 Z gościem umówieni byliśmy dopiero na godzinę 10, więc mięliśmy z rana sporo czasu dla siebie. Spokojnie zwinęliśmy obozowisko, zjedliśmy śniadanie po czym po poprawieniu zamocowania urwanego stelaża ruszyliśmy w drogę. Za tą godzinę, która godziną była już naprawdę zapłacił bez najmniejszego problemu. Po zakończeniu roboty z normalnej dyskusji wyszło, że jeździł za młodu w motocrosie, zdobywając nawet jakieś trofea. Dalej okazało się, że był pierwszym w Norwegii importerem maszyn IBM’a. Rozgadałem się z nim strasznie, odnośnie historii komputeryzacji, moim kultowym commodore c64 a także programowania w Assemblerze, które uskuteczniam. Gość miał bardzo wiele ciekawej wiedzy z tamtych lat i aż szkoda mi było odjeżdżać, ale Wojtas się już strasznie niecierpliwił. ;) Ruszyliśmy autostradą w kierunku Oslo. Sama droga jest strasznie ruchliwa i wietrzna, więc jedzie się po niej strasznie ciężko i radzę ją omijać. Samo Oslo nie zrobiło na mnie żadnego pozytywnego wrażenia. Ogromne ilości samochodów, tworzących niesłychane ilości korków. Jedzie się przez tę mieścinę strasznie nerwowo i nie ma chwili, w której można by spuścić oko z kierunku jazdy. Już na samym wjeździe jakiś pieprzony arab w taksówce by mnie rozjechał, na co pokazałem idiocie że ma się puknąć w łeb. Jeszcze się wielce śmiał oburzać cholera ;) Jak by się zatrzymał, zaraz bym mu ten turban na głowie przestawił...:P Przed samym miastem był ogromny korek. Zaczęliśmy się przepychać, ale niestety Wojtas przepchał się za daleko, a droga w dalszej części korka zwężała się i uniemożliwiała wymijanie samochodów obładowana etką. Skutkiem tego było, że na rozjeździe ja pojechałem na dół a on do góry i zgubienie gotowe. Straciliśmy sporo czasu na szukanie własnych osób, po czym Wojtas napisał, że spotkamy się na wylotówce do Trondheim i tam też udało nam się znaleźć. Droga do Trollstigen zapowiada co nas czeka...
Tutaj jesteśmy już znacznie bliżej...
I na miejscu. Przyglądając sie temu zdjęciu możemy wywnioskować, skad się wzięła nazwa Trollstigen...
Droga do góry...
Nad wodospadem przerzucony jest kamienny most...
...który widać w oddali na tym zdjęciu. ;) To tylko ułamek tej drogi...
Wrażenia z jazdy po czymś takim są niesamowite!. Cała nasza podróż przez Norwegie to w większości jazda i podziwianie widoków, które nas otaczały. Z Trollstigen ruszyliśmy już na południe na następną serpentynę. Ciut mniej widowiskową niż ta, a do tego pokonywaną przez nas z górki ;) Przez 10 km można było wcale nie używać do jazdy silnika ;) Nazywała się chyba Geiranger. Na trasie strzelałem niewiele fotek, gdyż ciężko objąć całość aparatem. Co ciekawsze ujęcia jakie udało mi się złapać można zobaczyć poniżej. Tutaj trzeba przyjechać z pasażerem, który filmuje to wszystko kamerą. Jest na co popatrzeć... Moje zdjęcie do ramki 40x30 cm i na ścianę w pokoju... PIĘKNE!!
W planach mieliśmy teraz uderzyć do Bergen, które to miasto jest ponoć jednym z najpiękniejszych w Norwegii. Niestety. W połowie tego dnia rozpadało się okrutnie, widoczność była strasznie ograniczona aż w końcu na jednej ze stacji podjęliśmy decyzje że damy sobie spokój... Byliśmy już wycięczeni ciągłą jazdą, gdyż na karku bez snu mieliśmy już prawie 1000 km jazdy po górach... Do tego temperatura rzędu 10 stopni, mgły gęste jak mleko, drogi szerokie na półtora pasa z przepaściami zaraz obok i podjazdy na których mogłem zapomnieć o 4 biegu... Nie było gdzie się ogrzać. Obydwoje mieliśmy mokro w butach. Pokrowce, które kupiłem, okazały się gówno warte, gdyż podarły się wpuszczając wodę do środka. Na domiar złego dopiero wtedy zauważyłem, że rozwaliłem przez okres bycia w Norwegii, impregnacje skóry do podeszwy w lewym bucie i cały nasiąknął wodą. W prawym na szczęście nic takiego się nie stało i był mokry tylko u samej góry... Bergen i południe Norwegii zostawiłem więc sobie na inną okazje. Mam nadzieje, że uda mi się tu kiedyś przyjechać we dwoje... I tak jechaliśmy i jechaliśmy, aż w końcu znowu zapadła noc. Znowu zimno a to już druga noc, która praktycznie non stop jesteśmy w siodle... Zmęczenie strasznie dało nam się we znaki... W jednej miejscowości ok. 80 ok. od Oslo postanowiliśmy się na chwilę zatrzymać i przybić gwoździa na ławkach znajdujących się przy informacji turystycznej. Leżeliśmy w pełnym rynsztunku, w kaskach ;) Ja dodatkowo przykryty śpiworem... Było przeraźliwie zimno, a po godzinie obudziłem się trzęsąc jak gówno na galarecie... Szybko się przebiegłem, aby podnieść trochę temperaturę ciała i zaraz też obudziłem Wojtasa, który leżał na gołej ziemi, nawet bez przykrycia... Gorący kisiel i herbata nie pomogły za wiele, ponieważ byliśmy już zbyt wyziębieni. Ruszyliśmy dalej do Oslo... Zimnica jak sto ch.... W trasie, szczytowa prędkość nie przekraczała 60 km/h. Jechałem już jak robot, by po chwili spostrzec, że Wojtasa za mną nie ma... Gdy dojechałem do niego stojącego na uboczu, zostało mi zaraz radośnie uświadomione, że maszyna znowu nie chce zapalić.. :P Widać nie mieliśmy jechać... I co teraz, środek lasu a do najbliższego ośrodka chyba z 4 czy 5 km pchania pod górę... Rozgrzewkę mieliśmy jak jasny gwint. Pod ośrodkiem, Wojtas odkrył sposób na humory swojego pojazdu, który polegał na wstrzykiwaniu paliwa bezpośrednio do węży prowadzących do króćców ssących. Straciliśmy na całą tą zabawę 2 godziny. Zaraz też pojechaliśmy na miejsce, w którym spaliśmy na ławkach ostatnio by rozbić tam namiot i położyć spać... Nic mnie nie obchodziło, że to środek miasta :P Wywaliłem wszystko z lois’a, rozebrałem z kombinezonu i spać... Ach, jaka to była przyjemna chwila po takich wrażeniach i około 1300 przejechanych bez snu kilometrach. Było to chyba koło 4 nad ranem... 5.08.2007 Ten dzień rozpoczął się niepostrzeżenie już wcześniej. ;) W okolicach 10 obudziłem się słysząc dookoła same wrzaski znajdujących się nieopodal ludzi. Jakieś dzieciaki darły mi się zaraz niedaleko namiotu, wiec dalsze leżenie było mordęgą... ;) Wyturlałem się z namiotu a moim oczom ukazał się syf, który został przeze mnie zostawiony parę godzin wcześniej. ;) Wszystko co miałem w louisie porospiepszane po całym trawniku i stole. Nikt jednak nie miał ochoty niczego stamtąd ukraść. Dookoła pełno ludzi i nikt nawet nie bąknął że koczujemy w samym środku miasta. Zaraz też uprzątnąłem cały ten bałagan i po zapakowaniu wszystkiego na mój nieustraszony pojazd, zjedzeniu śniadania i zatankowaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Mieliśmy tego dnia dojechać już do naszych nowych pracodawców, którzy mieszkali niedaleko drugiego co do wielkości jeziora w Szwecji. Trasa przebiegała spokojnie i bez najmniejszych problemów. Przed samym Oslo, jechaliśmy autostradą, gdyż innej opcji po prostu nie było. Wichura jak jasny gwint. O piątym biegu można było zapomnieć, a nieraz trudno było utrzymać prędkość i na 4... Dosłownie Huragan. Rzucało całą etką na lewo i prawo... Warunki poprawiły się dopiero w Szwecji, gdzie już bez przeszkód dojechaliśmy na miejsce po około 2300 km pokonanych przez te 5 dni... Byliśmy już strasznie zmęczeni i żyliśmy nadzieją, że u rodziców Karin spotka nas naprawdę miłe przywitanie... Nie pomyliliśmy się... Na miejscu na które zajechaliśmy pod wieczór. Zaraz poczęstowano nas mocną kawą, która po takiej podróży smakowała niczym boska ambrozja i ciastkiem. Pokazano miejsce naszego spoczynku i lokalizacje prysznica u nich w domu. Ahh.. Człowiek zaczyna doceniać takie dobra cywilizacyjne, dopiero gdy poczuje smak życia bez nich... ;) Stałem pod tym prysznicem z gorącą wodą i stałem, delektując się każdą ciepłą kroplą... Po krótkiej pogawędce, obejrzeniu tej Hondy, którą Ojciec Karin chciał zamienić na MZ poszliśmy spać... 6.08.2007 – 11.08.2007
U naszych nowych pracodawców pracowaliśmy pełny tydzień.
Zaczynaliśmy od pracy przy dachu na ich domu, który miał zostać
zdeka przerobiony. Czekało nas wiec ściąganie dachówek i budowa
kafra. Po wykonaniu tej roboty, przyszedł czas na rozwalanie starego
betonowego komina, budowę posadzki z płytek chodnikowych a w dalszej
kolejności wycinanie buszu. Ojciec Karin o imieniu zbyt trudnym do
zapamiętania ;) pracował większość czasu razem z nami.
Bardzo miło wspominam ten okres, nie chodzi tutaj o to, że stawiali nam kolacje czy zapewniali godziwe warunki pracy. Chodzi bardziej o to, że przy wspólnym posiłku można było porozmawiać o różnicach w mentalności, obyczajach itp. występujących w naszych krajach. To bardzo ciekawa lekcja wzajemnej kultury... U nich też, w międzyczasie pospawałem mój urwany stelaż. 12.08.2007 Wszystko co dobre ma jednak i swój koniec. Tego dnia po spakowaniu gratów, wysprzątaniu i pożegnaniu wyruszyliśmy w dalszą drogę. Przedtem jeszcze wymieniliśmy się adresami zostawiając w prezencie dwie flaszki. Żołądkową i Żubrówkę. Zasłużyli sobie na co najmniej litra tych trunków, ale więcej nie mieliśmy.. Skierowaliśmy się w stronę Falkoping, do znajdującego się tam muzeum motocykli. Muzeum jest prywatne a w zbiorach posiadają 120 maszyn. Sprzęta mają tam tak niespotykane i nie znane że naprawdę jest to obowiązkowe miejsce dla każdego fana motocykli. Wejście kosztowało 40 kr. Najstarszy motocykl był z 1904 roku. Na chodzie!! Inne marki, które się tam przewijały to DKW. Norton, Ariel, Sunbeam. Triumph, Monark, Mińsk, IFA, Honda, BMW, MW 750, Matchles, Jap. Nazw było więcej, ale nie zapamiętałem reszty. Świetną sprawą było w tym muzeum to, że nie ma tam karteczek w stylu „don’t touch”. 99% sprzętów jest na chodzie wiec można je było spokojnie omacać ;). Gość sam pokazywał, jak działają różne mechanizmy zawieszenia, w silnikach znajdujących się w przekroju ściągał pokrywy, aby pokazać wszystkie rozwiązania konstrukcyjne... Mieli tam też polskie żużlowe silniki FIS, które polską miały tylko nazwę, gdyż były idealną kopią JAP’a... 13.08.2007 – 16.08.2007 Robota okazała się jednak nie tak zła a gość okazał się bardzo miły i życzliwy. Ostatnio chciał być widać tak miły, że aż mu nie wyszło :) Zatokę z tych głazów układaliśmy chyba ze 2 dni. Niektóre były tak ciężkie, że przeważały mnie na wózku ;) Przerzuciliśmy w tej robocie kilka ton... Pogawędki z gościem przebiegały łamaną angielszczyzną pomieszaną ze szwedzkim. Śmiesznie było... Dzień zaczynaliśmy jego zdaniem „i sink we started with stones”. Raz przy kawie, którą nas częstował dwa razy dziennie.. ”this is my gurka and tomato”... i wiele innych. 17.08.2007 Tego dnia byliśmy już bezrobotni, gdyż nasz poprzednik niczego nie mógł załatwić. Postanowiliśmy wiec pojechać trochę na południe, aby z ewentualnej nowej pracy mieć bliżej do domu. Powrót bowiem został już ustalony i przebiegał przez Niemcy i Danię. Wcześniej zahaczyliśmy tez o inny salon motocyklowy, aby zobaczyć co tam mają. Podjechaliśmy 200 km na południe i rozpoczęliśmy poszukiwania. Niestety na marne. Polaków, było tam chyba więcej niż Szwedów. ;) Idealna pozycja dla motocyklisty. Aby zrobić kupę, nie trzeba tu zsiadać z motocykla...:P
Nie podniosło to naszego morale, które nie było i tak zbyt wysokie. Zapadła wiec decyzja że jedziemy do domu. Morale znów skoczyło, choć pozostał we mnie pewien niedosyt. Wracać mieliśmy bowiem dopiero za tydzień...Nic to. Po spożyciu zupki wyjechaliśmy w drogę. Zatrzymaliśmy się dopiero w Mcdonaldzie w Malmo, aby wypocząć i zjeść coś ciepłego. Posiedzieliśmy tam próbując zasnąć ze 2 godziny, po czym ruszyliśmy dalej. Ostatnie foto w Szwecji...
Do Dani prowadzi jeden z najdłuższych mostów na świecie,
który przechodzi dalej w tunel pod Bałtykiem. Opłata za przejazd
to 165 kr.
Dalej czekała na nas Kopenhaga. Trochę zabłądziliśmy
szukajac zjazdu z autostrady, ale jakoś się udało. Ogromne miasto,
które o tej godzinie tętniło życiem aż miło... Polaków też tam słychać ;)
Koniec Dani, w tle prom do Niemiec
Niemcy to już właściwie przelot autobahnem. Na liczniku przez większość
ponad 300 kilometrowej trasy miałem 110 km/h. Spieszyło się nam do
domu... Znowu były cyrki z ilością paliwa i do Szczecina, w którym
przekraczaliśmy granice wjechaliśmy na styk ;) Z wymiany walut w
kieszeni mieliśmy tylko po 25 euro, za co przejechaliśmy całe Niemcy ;)
Szczecin... ...w
Szczecinie na stacji benzynowej. Coś strasznie zaczęło walić w tylnim
kole, nieraz blokując je całkowicie. Wydawało się w pierwszej
chwili, ze łożyska się posypały, ale przecież koło nie miało
luzów. Dopiero po chwili zauważyłem co się stało... Kawałek
brakującej szprychy wpadł do bębna i narobił tam niemałego bałaganu.
Trzeba było odkręcić koło, wysypać ten cały syf ze środka i można było
jechać bez przeszkód dalej... Na miejsce do Międzychodu
zajechaliśmy już pod wieczór robiąc znowu pod 1300 km bez
większego postoju na spanie...
Podsumowując...
Wyjazd był po prostu piękny... Po pierwsze dziękuje Wojtkowi za towarzystwo i wspólne podróżowanie i w tym roku. Zrobiłem trochę ponad 4900 km, spalając wg zapisków 3,8 litra na 100 km. Z tym spalaniem jednak nie jestem całkowicie pewien, ponieważ choć zapisywałem ilość tankowanych litrów, w obliczeniach na bieżąco wychodziło, że pali zawsze ok. 4.2-4,5. Jestem raczej skłonny uwierzyć w te drugie liczby ;) Nigdy natomiast nie udało się przekroczyć 5. Nawet w Trollstigen, gdzie 3 biegu używało się jedynie okazjonalnie. Prędkości przelotowe nigdy nie spadały poniżej 80, a zazwyczaj jechaliśmy w okolicach 90 km/h. Bilans strat... - Dziewczyna imieniem Karolina ;) - Połamany 2 razy ochraniacz dłoni. - Ukręcona linka obrotomierza na autostradzie w Niemczech - Pęknięta szprycha. - Urwany podczas upadku stelaż, pospawany jeszcze na wyjeździe Wróciłem do polski z przebiegiem 44290 km na nominalnym, jeszcze oryginalnym cylindrze. Cóż, wszystko co piękne szybko się kończy... Wyprawa na parę tysięcy km, na tak relatywnie długi względem normalnego urlopu okres czasu to niesamowita przygoda i prawdziwa szkoła życia. Tylko Ty i Twoja maszyna... Jeśli na dodatek poskładało się swój motocykl samemu, człowiek z każdym następnym kilometrem, dostaje coraz większego banana na gębie... w sumie po tej wyprawie 150’tka pod moim tyłkiem przejechała już 17 tyś km, a przez ten okres do listy awarii na trasie trzeba dopisać jeszcze czujnik stopu przy klamce przedniego hamulca... Była to prawdopodobnie moja ostatnia tak długa wyprawa i naprawdę się na niej nie zawiodłem. Cóż, studia się skończyły, a ze studiami i wakacje... Czas zacząć tyrać w Polsce i zadowalać dwoma tygodniami urlopu...:P Tak więc młodszy czytelniku tych moich wywodów: PODRÓŻUJ PÓKI CZAS!!! :) Pozdrawiam Serdecznie!! Intr |
|||||||||