MZ ETZ 150

WYJAZDY



Strona Główna
Co nowego...
Usprawnienia MZ
Wyjazdy
O mnie...
Linki
Ukraina

   Pomysł wyjazdu na wschód zrodził się w naszych głowach już w trakcie zeszłorocznego wyjazdu do Skandynawii. Rozważając tam któreś niedzieli poziom zeszmacenia i kryzysu podstawowych wartości w naszym pięknym kraju doszliśmy w końcu do jedynego konstruktywnego wniosku: Jak szukać żony to tylko na wschodzie ;) Pozostaje oczywiście problem będący konsekwencją poirytowania Boga na wierzy Babel, ale przecież dla chcącego nie ma rzeczy niemożliwych.

   Tak więc mając solidne podstawy i ogromną chęć na wyjazd, decyzja była jednogłośna - W DROGĘ!

  Nasze wschodnie tourne rozpoczynałem 16 maja. Zaraz po pracy, poskładaniu do kupy motocykla i zapakowaniu bagażu ruszyłem do Włodawy gdzie zamieszkuje Wojtas. Sam przejazd był długi i żmudny,  zajął jakieś 12 godzin, (650 km) Po dotarciu większość członków mojego ciała (a w szczególności jedna) myślała już dawno o spaniu, wiec po przywitaniu i wszamaniu czegoś ciepłego, padłem jak zabity.

   Dnia następnego dobijamy do przejścia w Dorochusku bezproblemowo mijając kolumnę tirów i polskich celników. (motocykle przejeżdżają bez kolejki). Pora zmierzyć się z Ukraińcami. Najpierw dojeżdżamy do gościa, który sprawdza dokumenty i wręcza nam 2 karteczki. Jedną z nich, musimy wypełnić wg widocznego na przejściu wzoru. (tekst po ukraińsku i angielsku) i dalej z obydwoma świstkami, paszportem i papierami od moto idziemy do okienka.

  Pan wewnątrz, pierwsze co robi, to patrzy czy w paszporcie nie ma łapówki. Jak jest to podbija blanty resztę mając w pupie. Jak nie ma - robi się niemiły. My nic nie dawaliśmy, wiec choć humoru mu to nie poprawiło, puścił nas dalej z dość dużymi problemami. Pora na ekipę, która ogląda Twój motocykl pod kątem wpływu na zanieczyszczenie środowiska. W praktyce, jak widzą zachodni sprzęt to pytają ile wyciąga i puszczają bez problemów. ;) Pozostaje tylko oddać podbite karteczki w ostatnim okienku i już jesteśmy na Ukrainie. Całość odbyła się bez najmniejszych problemów. Tak więc cała akcja na przejściu zajęła nam może z 30 minut i nie kosztowała ani jednej hrywny. 

  Pierwszym celem naszego wyjazdu była zamieszkała przez pradziadków Wojtasa wieś Huliwka. Chodziły słuchy, że jego pradziadek posiadał hutę szkła, której pozostałości Wojtek miał nadzieję znaleźć. Huta szkła – brzmi dumnie i stwarza wyobrażenie potężnej fabryki ale na miejscu zastaliśmy jedynie kupkę kamieni z przydomowego zakładziku ;) Z planów zostania milionerem nici ;)


Ukraiński highway ;)


Te głazy z tyłu to pozostałość po hucie pradzada


   Z racji tego, ze dzień miał się ku końcowi, rozejrzeliśmy się za jakimś noclegiem. Wojtas wynalazł miejsce w lasku, które jak się okazało było miejscem spotkań ukraińskich dziewcząt i chłopców ;)

   Wszędzie pełno chustek o wysokiej zawartości białka, stare kondony i paczki po nich ;) Swoją drogą ciekawostką było, jak wygląda opakowane ukraińskich prezerwatyw. Żałuje że nie udało się zrobić wyraźnego zdjęcia. Na obrazku znajdowała się cycata pannica ubrana w strój ludowy a za nią jurny, wąsaty chłop w ułańskiej czapce ;) Żadnej golizny!



   Ja, jeżeli chodzi o wybór miejscówki na dziko jestem strasznie wybredny, ale pomimo moich marudzeń rozbiliśmy w końcu namiot. Mieć tylko nadzieję, że akurat w nasz kawałek trawnika żaden chłopiec ze swojej armaty nigdy nie strzelał ;)  Ukraiński browar oraz żarcie z niezniszczalnego prymusa poprawiło nam zdecydowanie humor i w takim stanie poszliśmy spać. Pierwsza noc na ukraińskiej ziemi przebiegła spokojnie i bezproblemowo. 


  Dnia następnego skierowaliśmy się w stronę Łucka by obejrzeć tamtejszy zamek. Prezentował się dojść ciekawie. Obok znajdował się dawny polski kościół (foto wyżej).


Wejście do zamku


i wewnątrz




Napis mówi: Maszyna do kręcenia wora :P

Następny przystanek to Krzemieniec. Pierwszym punktem była góra królowej Bony.


Widok z dołu...


i z góry...



   Po wizycie na górze zaczęliśmy się rozglądać za jakimś noclegiem. Tym razem chcieliśmy się przespać w hotelu, ze względu na możliwość przyjęcia jakieś większej toalety. Znaleźliśmy jeden w cenie 20 zł za osobę ale bez strzeżonego parkingu, co bardzo zasmuciło Wojtasa ;) Ze względu na sensacje jaką wywoływał nasz przejazd w miejscu publicznym, zostawienie motocykla bez opieki szczególnie nocą, nie było dobrym pomysłem. Z całej tej sytuacji wywiązała się dłuższa rozmowa z przemiłą młodą Panią, która pracowała na portierni ;) Wojtas już prawie ugadał nocowanie motocykla w samym środku hotelowego holu, ale ostatecznie Panna załatwiła inny hotel w tej samej cenie z parkingiem można powiedzieć strzeżonym. Po zajechaniu na miejsce - nie powiem - standard mile mnie zaskoczył. W dwuosobowym pokoju mieliśmy telewizor, prysznic z kiblem, pościele, ręczniki i całe hotelowe wyposażenie. Szczegół, że telewizor ledwo odbierał, pościele były sprane do granic możliwości. Było czysto i nie śmierdziało, wiec za 20 zł uważam ten standard za całkiem przyzwoity. Jeszcze tylko wrzucić coś na ząb i kolejny dzień naszego wyjazdu dobiegł końca.



   Z Krzemieńca ruszyliśmy do Zbaraża, by zobaczyć tamtejszy zamek. Moim zdaniem, nie wyglądał zbyt ciekawie. Wewnątrz nie było praktycznie żadnych eksponatów z epoki. Większość pomieszczeń zapchano wytworami artystów współczesnych, których oczywiście nie można posądzić o brak kunsztu (foto). Nie tego się jednak spodziewaliśmy...


Wejście do zamku


Takie małe arcydzieła stały między innymi wewnątrz




W parku pod zamkiem... W środku foto znajduje się polski kościół. Zdjęcie pokazuje również, że samowyzwalacz Wojtasowego zenita strzela migawką po losowo wybranym czasie ;)


Trasa do Kamieńca Podolskiego


Wypatrzona przez Wojtasa ruina. Nie wiem co to było.

   Następny punkt wycieczki to Kamieniec Podolski, w którym poszukaliśmy kolejnej miejscówki na dziko. Tzn. Wojtas jak zwykle poszukał mając nosa do ciekawych miejsc ;) Skręciliśmy w jakąś polną uliczkę, która jak się okazało prowadziła również na cmentarz ;). 500 metrów za miejscem wiecznego spoczynku był wydawało się opuszczony sad. Śmierdziało tam gównem trochę, ale mój kompan stwierdził, że nic nie czuje i miejscówka jest pierwszorzędna ;) Znowu się namarudziłem mając niemałego stresa bo byliśmy całkiem odkryci. Cóż, Browar i kiełbasa z ogniska znowu poprawiły mi humor. Nawet przestało śmierdzieć ;) Noc jednak była ciężka ze względu na gliniasto-kamieniste podłoże. Gdy zaczęło świtać zaraz się z stamtąd zwinęliśmy.



   No i główna atrakcja Kamieńca – zamek. Wkoło samego budynku jest sporo fajnych miejsc, gdzie można wjechać motocyklem. Nie omieszkaliśmy z tego skorzystać spożywając przy okazji śniadanie. 









   Z ciekawych i zarazem jedynych atrakcji na zamku była możliwość postrzelania sobie z kuszy oraz łuku. Kosztowało to przysłowiowe grosze. Za strzał z kuszy złotówka a z łuku 50 groszy... Dobrze, że chociaż gdzieś człowiek może się poczuć bogaty i na wszystko sobie pozwolić.


hmm, w tarcze ucelowałem napewno ;)


Trafiłem w sam środek !! Begginers luck ;)




Zdjęcie wykonane pod jednym z polskich kościołów w Kamieńcu Podolskim

  I znow ruszamy w drogę... Tym razem za punkt docelowy obieramy Chocim. Oglądając w Polsce zdjęcia z przewodników turystycznych, nie spodziewałem się zobaczyć tu zbyt wiele. Tym większe było moje zaskoczenie, gdyż moim zdaniem jest to najpiękniejszy obiekt z odwiedzonych na całej wyprawie. Rewelacyjnie położony, z mnóstwem dookolnej przestrzeni spacerowej.


Przed wejściem do zamku


Widok przez bramę zapowiada co zobaczymy za chwilę



   Wnętrze zamku zachowało się w dojść dobrym stanie. Do większości pomieszczeń można wejść.


Zamkowe Lochy. Ciemno jak w pupie, błotna glina i wszędobylska wilgoć. Idealne miejsce na spoczynek ;)



   Po wyjściu z zamku ruszyliśmy na znajdujące się dookoła wzgórza. Wydatek energetyczny mieliśmy ogromny, ale widoki, które na nas czekały zrekompensowały ogólne braki w węglowodanach. Zdjęcie nie oddaje piękna całej panoramy, ale i tak uważam je za jedne z lepszych.


Po zakończeniu sjesty obraliśmy kierunek na ostatni punkt naszego wyjazdu - Lwów.  


Widoki na trasie do Lwowa

   Od celu dzieliło nas ponad 200 km a pogoda pod sam koniec trasy bardzo się pogorszyła. Jechaliśmy we mgle gęstej jak mleko, zimno, prędkość przelotowa spadła do 50 km/h. Wojtasowi od razu spadło morale i pogrążył się stanie podobnym do mojego gdy marudziłem odnośnie miejscówek do spania na dziko ;)


Komentarz do zdjęcia: (ja) Pokaż kciukiem, że jest dobrze ;)    (W) Ale wcale nie jest! ;)

   Ostatecznie, jak zawsze zresztą, wszystko dobrze się skończyło Znaleźliśmy w tej dziczy hotel z parkingiem strzeżonym, w sumie bez większych problemów. Cena początkowa 30 zł za nocleg... Po marudzeniu Wojtasa kobieta zaproponowała pokój za złotych 15, ale kazała go najpierw zobaczyć. Wpadłem, stwierdziłem że jest ok., wiec nocleg za grosze mieliśmy zapewniony.;) Standard... tu może przejdziemy do następnego punktu ;)



   Łóżka nie miały materacy. Dwie warstwy kocy przykrywały coś co wyglądało jak kolczuga rycerska. Przyjmując na tym pozycje horyzontalną tyłek wpadał prawie do samej podłogi ;) Jeżeli śpimy na plecach, nie stanowi to jeszcze takiego problemu, gorzej gdy w objęcia Morfeusza oddajemy się leżąc na boku... Kręgosłup nie jest jednak przystosowany do wyginania się w łuk w te stronę ;)

Pora odwiedzić "toaletę" ;)



   Kibel bez klapy, prysznic bez słuchawki, brak ciepłej wody, na ścianach wszystkie odmiany grzyba. IGŁA! :D. Najlepsze w tym wszystkim, że woda we w Lwowie jest na noc wyłączna. Z toaletą nie można się ociągać. Przed uformowaniem nocnego stolca radzę sprawdzić, czy aby mamy wodę w spłuczce ;) Może się okazać, że w środku Sahara a woda pojawia się dopiero z rana. No cóż, przyroda ;)


Pomnik Adama Mickiewicza

  Z rana pojechaliśmy zwiedzić Lwów. Wrażenia ogólne mieliśmy beznadziejne. Droga „ułożona” z kostki brukowej, pofalowana jak teren górzysty. Tory tramwajowe wystają ponad poziom, dziury i ogólna samowolka na drodze. Ludzie wchodzą na ulice, w dowolnym miejscu i czasie. Znaki drogowe ustawiono tylko dla zasady. Lepiej nie zwracać na nie uwagi, a starać trzymać z ruchem. Dżungla jest dobrym określeniem tego, co się tam działo. W znalezieniu miejsca na parking pomógł nam mówiący płynnie po polsku mieszkaniec Lwowa. Daliśmy w łapę strażnikowi przy banku, który w zamian za parę groszy rzucił okiem na nasze maszyny.





   W samym mieście wypleniono większość śladów dawnej polskości. Miejsca opisane w przewodniku jako polskie zostały już przemianowane na Ukraińskie. O wiele więcej znamion dawnej Polski znajdziemy w drodze, w mijanych wioskach. Można tam spotkać duże polskie kościoły, w których nie ma słowa po Ukraińsku. Człowiek czuje się wtedy, jak gdyby przyjechał na polską wieś ;). Po obejściu wszystkich ciekawszych punktów pojechaliśmy na cmentarz łyczakowski.








  Sam cmentarz jest bardzo ładny, z duża ilością bardzo ciekawych grobowców. Niestety, duża część zabytkowych, w większości polskich pomników jest poniszczona. Widać oznaki, że to kiedyś była polska bardzo kłują w oczy. Ehh, już pomijając aspekty polityczne i kulturowe to przecież piękna historyczna pamiątka i kawał dobrej sztuki. Niestety, jak widać dla ludzi o mózgu wielkości orzeszka takie bezsensowne powódki nie mają znaczenia.

   Ostatnim punktem wycieczki we Lwowie, było jakieś wzgórze (o nieznanej mi nazwie) z którego można zobaczyć całą panoramę miasta.




   I tak, po zakończeniu dnia wróciliśmy do naszego pięciogwiazdkowego hotelu a po małych zakupach nadszedł czas na sen i myślenie o powrocie do domu. Wyjechaliśmy z rana mając do Lublina jakieś 200 km. Granice przekraczaliśmy w Rawie ruskiej. Z Ukraińcami nie było problemów – nigdzie nie tkali nosa. Z Polakami były większe. Po naszej stronie się opierdalają, więc powstaję kolejka. Niemal łaskę robią ze Cię przepuszczą przez granice. Tutaj też zaglądali nam do sakw, czy aby nie przemycamy za wiele. Po dojechaniu do Lublina nasza wschodnia przygoda dobiegła końca...

PODSUMOWUJĄC...

   Bardzo miło wspominam ten wyjazd. Zwiedziliśmy naprawdę sporo, nie goniąc na łeb na szyje. Niskie ceny paliw, minimalizują koszty wyjazdu. Po samej Ukrainie wg drogomierza w Diversion padło 1080 km. Tereny, szczególnie w południowej części kraju są piękne i niemal dziewicze. No a płeć przeciwna? ;) Zgodnie stwierdziliśmy, że rewelacja ;) W znakomitej większości przypadków przeważa jeszcze naturalność. Widać, że zachodnie wpływy i model pustej Barbie jeszcze nie rozprzestrzenił się tam tak, jak u nas. Zaczynam się uczyć języka, bo jeszcze trochę a po kogoś wartościowego przyjdzie mi jechać na sybir :P


POLECAM!!!



copyright: intr