|
|
Ukraina
Pomysł
wyjazdu na wschód zrodził się w naszych głowach już w
trakcie zeszłorocznego wyjazdu do Skandynawii. Rozważając tam
któreś niedzieli
poziom zeszmacenia i kryzysu podstawowych wartości w naszym pięknym
kraju
doszliśmy w końcu do jedynego konstruktywnego wniosku: Jak szukać żony
to tylko
na wschodzie ;) Pozostaje oczywiście problem będący konsekwencją
poirytowania Boga na wierzy Babel, ale przecież dla chcącego nie ma
rzeczy
niemożliwych.
Tak
więc mając solidne podstawy i ogromną chęć na wyjazd,
decyzja była jednogłośna - W DROGĘ!
Nasze
wschodnie tourne rozpoczynałem 16 maja. Zaraz po
pracy, poskładaniu do kupy motocykla i zapakowaniu bagażu ruszyłem do
Włodawy
gdzie zamieszkuje Wojtas. Sam przejazd był długi i żmudny, zajął jakieś 12 godzin,
(650 km) Po dotarciu
większość członków mojego ciała (a w
szczególności jedna) myślała już dawno o
spaniu, wiec po przywitaniu i wszamaniu czegoś ciepłego, padłem jak
zabity.
Dnia
następnego dobijamy do przejścia w Dorochusku
bezproblemowo mijając kolumnę tirów i polskich
celników. (motocykle
przejeżdżają bez kolejki). Pora zmierzyć się z Ukraińcami. Najpierw
dojeżdżamy
do gościa, który sprawdza dokumenty i wręcza nam 2
karteczki. Jedną z nich,
musimy wypełnić wg widocznego na przejściu wzoru. (tekst po ukraińsku i
angielsku) i dalej z obydwoma świstkami, paszportem i papierami od moto
idziemy
do okienka.
Pan
wewnątrz, pierwsze co robi, to patrzy czy w paszporcie
nie ma łapówki. Jak jest to podbija blanty resztę mając w
pupie. Jak nie ma -
robi się niemiły. My nic nie dawaliśmy, wiec choć humoru mu to nie
poprawiło,
puścił nas dalej z dość dużymi problemami. Pora na ekipę,
która ogląda Twój
motocykl pod kątem wpływu na zanieczyszczenie środowiska. W praktyce,
jak widzą
zachodni sprzęt to pytają ile wyciąga i puszczają bez
problemów. ;) Pozostaje
tylko oddać podbite karteczki w ostatnim okienku i już jesteśmy na
Ukrainie.
Całość odbyła się bez najmniejszych problemów. Tak więc cała
akcja na przejściu
zajęła nam może z 30 minut i nie kosztowała ani jednej hrywny.

Pierwszym
celem naszego wyjazdu była zamieszkała przez
pradziadków Wojtasa wieś Huliwka. Chodziły słuchy, że jego
pradziadek posiadał
hutę szkła, której pozostałości Wojtek miał nadzieję
znaleźć. Huta szkła –
brzmi dumnie i stwarza wyobrażenie potężnej fabryki ale na miejscu
zastaliśmy
jedynie kupkę kamieni z przydomowego zakładziku ;) Z planów
zostania
milionerem nici ;)
Ukraiński
highway ;)
Te głazy z tyłu to pozostałość po hucie
pradzada
Z racji tego, ze dzień miał się
ku końcowi,
rozejrzeliśmy się za jakimś noclegiem. Wojtas wynalazł miejsce w lasku,
które jak się okazało było miejscem spotkań ukraińskich
dziewcząt i chłopców ;)
Wszędzie pełno chustek o
wysokiej zawartości
białka, stare kondony i paczki po nich ;) Swoją drogą ciekawostką było,
jak wygląda opakowane ukraińskich prezerwatyw. Żałuje że nie udało się
zrobić wyraźnego zdjęcia. Na obrazku znajdowała się cycata pannica
ubrana w strój ludowy a za nią jurny, wąsaty chłop w
ułańskiej
czapce ;) Żadnej golizny!
Ja, jeżeli chodzi o
wybór
miejscówki na dziko jestem strasznie wybredny, ale pomimo
moich
marudzeń rozbiliśmy w końcu namiot. Mieć tylko nadzieję, że akurat w
nasz kawałek trawnika żaden chłopiec ze swojej armaty nigdy nie
strzelał ;) Ukraiński browar oraz żarcie z niezniszczalnego
prymusa poprawiło nam zdecydowanie humor i w takim stanie poszliśmy
spać. Pierwsza noc na ukraińskiej ziemi przebiegła spokojnie i
bezproblemowo.
Dnia następnego skierowaliśmy się w
stronę Łucka by
obejrzeć tamtejszy zamek. Prezentował się dojść ciekawie. Obok
znajdował się dawny polski kościół (foto wyżej).

Wejście do zamku
i
wewnątrz
Napis
mówi: Maszyna do kręcenia wora :P
Następny przystanek to Krzemieniec. Pierwszym
punktem była góra królowej Bony.
Widok
z dołu...
i
z góry...
Po wizycie na górze
zaczęliśmy się
rozglądać za jakimś noclegiem. Tym razem chcieliśmy się
przespać w hotelu, ze względu na możliwość przyjęcia jakieś
większej toalety.
Znaleźliśmy jeden w cenie 20 zł za osobę ale bez strzeżonego
parkingu, co bardzo zasmuciło Wojtasa ;) Ze względu na sensacje jaką
wywoływał
nasz przejazd w miejscu publicznym, zostawienie motocykla bez opieki
szczególnie nocą, nie było dobrym pomysłem. Z całej tej
sytuacji
wywiązała się dłuższa rozmowa z przemiłą młodą Panią, która
pracowała na portierni ;) Wojtas już prawie ugadał nocowanie motocykla
w samym środku hotelowego holu, ale ostatecznie Panna załatwiła inny
hotel w tej samej cenie z parkingiem można powiedzieć strzeżonym. Po
zajechaniu na miejsce - nie powiem - standard mile mnie zaskoczył. W
dwuosobowym pokoju mieliśmy telewizor, prysznic z kiblem, pościele,
ręczniki i całe hotelowe wyposażenie. Szczegół, że telewizor
ledwo odbierał, pościele były sprane do granic możliwości. Było czysto
i nie śmierdziało, wiec za 20 zł uważam ten standard za całkiem
przyzwoity. Jeszcze tylko wrzucić coś na ząb i kolejny
dzień naszego wyjazdu dobiegł końca.
Z Krzemieńca ruszyliśmy do Zbaraża,
by zobaczyć tamtejszy zamek. Moim
zdaniem, nie wyglądał zbyt ciekawie. Wewnątrz nie było praktycznie
żadnych eksponatów z epoki. Większość pomieszczeń zapchano
wytworami artystów współczesnych,
których oczywiście nie można posądzić o brak kunsztu (foto).
Nie tego się jednak spodziewaliśmy...
Wejście
do zamku

Takie
małe arcydzieła stały między innymi wewnątrz
W parku pod zamkiem... W środku foto znajduje się
polski kościół. Zdjęcie pokazuje również, że
samowyzwalacz Wojtasowego zenita strzela migawką po losowo wybranym
czasie ;)
Trasa
do Kamieńca Podolskiego

Wypatrzona przez Wojtasa ruina. Nie wiem co to było.
Następny punkt wycieczki to Kamieniec
Podolski, w
którym poszukaliśmy kolejnej miejscówki na dziko.
Tzn.
Wojtas jak zwykle poszukał mając nosa do ciekawych miejsc ;)
Skręciliśmy w jakąś polną uliczkę, która jak się okazało
prowadziła również na cmentarz ;). 500 metrów za
miejscem
wiecznego spoczynku był wydawało się opuszczony sad. Śmierdziało tam
gównem trochę, ale mój kompan stwierdził, że nic
nie
czuje i miejscówka jest pierwszorzędna ;) Znowu się
namarudziłem
mając niemałego stresa bo byliśmy całkiem odkryci. Cóż,
Browar i
kiełbasa z ogniska znowu poprawiły mi humor. Nawet przestało
śmierdzieć ;) Noc jednak była ciężka ze
względu na gliniasto-kamieniste podłoże. Gdy zaczęło świtać zaraz się z
stamtąd zwinęliśmy.
No i główna atrakcja Kamieńca
– zamek. Wkoło
samego budynku jest sporo fajnych miejsc, gdzie można wjechać
motocyklem. Nie omieszkaliśmy z tego skorzystać spożywając przy okazji
śniadanie.
Z ciekawych i zarazem jedynych atrakcji na zamku
była
możliwość postrzelania sobie z kuszy oraz łuku. Kosztowało to
przysłowiowe grosze. Za strzał z kuszy złotówka a z łuku 50
groszy... Dobrze, że chociaż gdzieś człowiek może się poczuć bogaty i
na wszystko sobie pozwolić.
hmm,
w tarcze ucelowałem napewno ;)

Trafiłem w sam środek !! Begginers luck ;)
Zdjęcie wykonane pod jednym z polskich kościołów w Kamieńcu Podolskim
I znow ruszamy w drogę... Tym razem za punkt docelowy
obieramy
Chocim. Oglądając w Polsce zdjęcia z przewodników
turystycznych,
nie spodziewałem się zobaczyć tu zbyt wiele. Tym większe było moje
zaskoczenie, gdyż moim zdaniem jest to najpiękniejszy obiekt z
odwiedzonych na całej wyprawie. Rewelacyjnie położony, z
mnóstwem dookolnej przestrzeni spacerowej.

Przed
wejściem do zamku

Widok przez bramę zapowiada co zobaczymy za chwilę

Wnętrze zamku zachowało się w dojść dobrym stanie.
Do większości pomieszczeń można wejść.
Zamkowe
Lochy. Ciemno jak w pupie, błotna glina i wszędobylska wilgoć. Idealne
miejsce na spoczynek ;)
Po wyjściu
z zamku ruszyliśmy na znajdujące się dookoła wzgórza.
Wydatek
energetyczny mieliśmy ogromny, ale widoki, które na nas
czekały
zrekompensowały ogólne braki w węglowodanach. Zdjęcie nie
oddaje
piękna całej panoramy, ale i tak uważam je za jedne z lepszych.

Po zakończeniu
sjesty obraliśmy kierunek na ostatni punkt
naszego wyjazdu - Lwów.
Widoki na trasie do Lwowa
Od celu
dzieliło nas ponad 200 km a pogoda pod sam koniec trasy bardzo się
pogorszyła.
Jechaliśmy we mgle gęstej jak mleko, zimno, prędkość przelotowa spadła
do 50
km/h. Wojtasowi od razu spadło morale i pogrążył się stanie podobnym do
mojego
gdy marudziłem odnośnie miejscówek do spania na dziko ;)

Komentarz do zdjęcia: (ja) Pokaż
kciukiem, że jest dobrze ;) (W) Ale wcale nie
jest! ;)
Ostatecznie, jak zawsze
zresztą, wszystko dobrze się skończyło Znaleźliśmy w tej dziczy hotel z
parkingiem strzeżonym, w sumie bez większych problemów. Cena
początkowa 30 zł za nocleg... Po marudzeniu Wojtasa kobieta
zaproponowała pokój za złotych 15, ale kazała go najpierw
zobaczyć. Wpadłem, stwierdziłem że jest ok., wiec nocleg za grosze
mieliśmy zapewniony.;) Standard... tu może przejdziemy do następnego
punktu ;)

Łóżka nie miały materacy. Dwie warstwy
kocy przykrywały coś
co wyglądało jak kolczuga rycerska. Przyjmując na tym pozycje
horyzontalną
tyłek wpadał prawie do samej podłogi ;) Jeżeli śpimy na plecach, nie
stanowi to
jeszcze takiego problemu, gorzej gdy w objęcia Morfeusza oddajemy się
leżąc na
boku... Kręgosłup nie jest jednak przystosowany do wyginania się w łuk
w te
stronę ;)
Pora odwiedzić "toaletę" ;)
Kibel bez klapy, prysznic bez słuchawki, brak ciepłej wody,
na ścianach wszystkie odmiany grzyba. IGŁA! :D. Najlepsze w tym
wszystkim, że woda we w Lwowie jest na noc wyłączna. Z toaletą
nie można się ociągać. Przed uformowaniem nocnego stolca radzę
sprawdzić, czy aby mamy wodę w spłuczce ;) Może się okazać, że w środku
Sahara a woda pojawia się dopiero z rana. No cóż, przyroda ;)

Pomnik Adama Mickiewicza
Z rana pojechaliśmy zwiedzić Lwów. Wrażenia ogólne mieliśmy beznadziejne.
Droga „ułożona” z kostki
brukowej, pofalowana jak teren górzysty. Tory tramwajowe
wystają ponad poziom,
dziury i ogólna samowolka na drodze. Ludzie wchodzą na
ulice, w dowolnym
miejscu i czasie. Znaki drogowe ustawiono tylko dla zasady. Lepiej nie
zwracać
na nie uwagi, a starać trzymać z ruchem. Dżungla jest dobrym
określeniem tego,
co się tam działo. W znalezieniu miejsca na parking pomógł
nam mówiący płynnie
po polsku mieszkaniec Lwowa. Daliśmy w łapę strażnikowi przy banku,
który w
zamian za parę groszy rzucił okiem na nasze maszyny.

W samym
mieście wypleniono większość śladów dawnej polskości. Miejsca
opisane w przewodniku jako polskie zostały już przemianowane na
Ukraińskie. O wiele więcej znamion dawnej Polski znajdziemy w drodze, w
mijanych wioskach. Można tam spotkać duże polskie kościoły, w
których nie ma słowa po Ukraińsku. Człowiek czuje się wtedy, jak
gdyby przyjechał na polską wieś ;). Po obejściu wszystkich ciekawszych
punktów pojechaliśmy na cmentarz łyczakowski.
Sam
cmentarz jest bardzo ładny, z duża ilością bardzo
ciekawych grobowców. Niestety, duża część zabytkowych, w
większości polskich
pomników jest poniszczona. Widać oznaki, że to kiedyś była
polska bardzo kłują
w oczy. Ehh, już pomijając aspekty polityczne i kulturowe to przecież
piękna
historyczna pamiątka i kawał dobrej sztuki. Niestety, jak widać dla
ludzi o mózgu wielkości orzeszka takie bezsensowne
powódki nie mają znaczenia.
Ostatnim punktem wycieczki we Lwowie, było jakieś wzgórze
(o nieznanej mi nazwie) z którego można zobaczyć całą panoramę
miasta.
I tak, po
zakończeniu dnia wróciliśmy do naszego pięciogwiazdkowego hotelu
a po małych zakupach nadszedł czas na sen i myślenie o powrocie do
domu. Wyjechaliśmy z rana mając do Lublina jakieś 200 km. Granice
przekraczaliśmy w Rawie ruskiej. Z Ukraińcami nie było problemów
– nigdzie nie tkali nosa. Z Polakami były większe. Po naszej
stronie się opierdalają, więc powstaję kolejka. Niemal łaskę robią ze
Cię przepuszczą przez granice. Tutaj też zaglądali nam do sakw, czy aby
nie przemycamy za wiele. Po dojechaniu do Lublina nasza wschodnia
przygoda dobiegła końca...
PODSUMOWUJĄC...
Bardzo miło
wspominam ten wyjazd. Zwiedziliśmy naprawdę sporo, nie goniąc na łeb na
szyje. Niskie ceny paliw, minimalizują koszty wyjazdu. Po
samej Ukrainie wg drogomierza w Diversion padło 1080 km. Tereny,
szczególnie w południowej części kraju są piękne i niemal
dziewicze. No a płeć przeciwna? ;) Zgodnie stwierdziliśmy, że rewelacja
;) W znakomitej większości przypadków przeważa jeszcze
naturalność. Widać, że zachodnie wpływy i model pustej Barbie jeszcze
nie rozprzestrzenił się tam tak, jak u nas. Zaczynam się uczyć języka,
bo jeszcze trochę a po kogoś wartościowego przyjdzie mi jechać na sybir
:P
POLECAM!!!
|