|
Zlot
motocykli w Wolsztynie. Jako że w zeszłym roku impreza bardzo przypadła mi do gustu ze względu na panujący na niej porządek i ogólny klimat, postanowiłem zajechać tam i w tym roku. Prawdę mówiąc zlot był jedynie dodatkiem, gdyż głównym celem wyjazdu było spotkanie „po latach” z moją obecnie byłą, a kiedyś druga połową. Ze jest to Kobieta, która pudla rezonansowego zamiast głowy na szyi nie nosi, na „brak czasu” nie narzeka a zrozumienie sensu zdania wielokrotnie złożonego nie stanowi dla niej przeszkody powodującej strzał wskazującym na pustostan umysłowy fochem, na wyjazd nie trzeba mnie było namawiać. ;) 500’tka nie była jeszcze na tyle sprawna, wiec tradycyjnie „osiodłałem” nieustraszoną 150’tkę. Trasa do Wolsztyna pokonywałem ze wspomnianych wyżej powodów nieraz, więc problemów z dotarciem na miejsce nie miałem. Sama droga, szeroka na półtora pasa wiedzie lasem. Ruch jest znikomy a asfalt w dobrym stanie. Zajechałem na miejsce w okolicach 9. Impreza rozpoczynała się 11:30, więc gdy nadeszła stosowna godzina wyruszyliśmy w drogę. Miejscem zbiórki motocykli był miejski rynek. Wśród tabunów Japonii było tylko kilka motocykli zabytkowych i w tamtym momencie nie zauważyłem żadnej MZ. Najładniejsza
MZ zlotu
Po chwili postoju ruszyła parada.. Motocykli były setki!. Jak się później okazało naliczono ich 500 sztuk, więc możecie sobie wyobrazić ten ryk i długość kolumny...Miejscem docelowym był parking w innym miejscu, na którym przewidziano dłuższy postój. Można więc było dokładnie zobaczyć, jakie maszyny pojawiły się na zlocie tego roku. Niewątpliwą perełką był Sokół 1000. Pierwszy raz widziałem ten motocykl na żywo. Wyglądał pięknie, ale chodził beznadziejnie. Dzwonił niczym śrubki wsypane do słoika. nie wiem ;) Następnym punktem imprezy była msza święta. Trasa miała chyba z 15 km i jak w zeszłym roku całość trzymała się rewelacyjnie kupy, tak w tym roku panował totalny rozpizdżaj. Ciężko to było nazwać kolumną. Wyprzedanie na trzeciego a w zasadzie czasem piątego, hamowanie części kolumny przez niektórych jadących chyba w ich mniemaniu „królem szos” powodujących potężne rozczłonkowanie całości. Dla mnie beznadzieja.
Dalej już msza, kolejna parada na piknik i śmieszne zaskoczenie ;) Tak jak w zeszłym roku po dotarciu na miejsce ustawiła się zaraz potężna kolumna kierowców oczekujących na darmową kiełbasę, bigos i oranżadę ;) Stanęliśmy więc i my a gdy dobiliśmy do koryta biorąc standardowy zestaw na końcu słyszymy: „10 zł za zestawik będzie” hahahahaha. Ciekawe jaka liczba z tych stojących w kolejce przeżyła równie ciekawe zaskoczenie ;) Dobrze, że Karolina miała ze sobą jakąś gotówkę bo musiałbym swoją porcję żarła ze smutkiem odstawić... Pozostało już tylko wciągnąć co dali, pstyknąć kilka fotek i wrócić do domu trasą wyjątkowo dookulną. Trasa wiodła asfaltami i drogami polnymi. No i wjechaliśmy sobie w taką leśną pokrytą plażowym piaskiem trasę, Rzucało obciążoną etką na lewo i prawo aż w końcu przy jednym zjeździe koło zaryło, stanęliśmy w miejscu i bęc na prawą burtę. Wszyscy uczestnicy gleby wyszli z opresji bez szwanku. ;) Zdecydowaliśmy, że nie ma sensu pchać się dalej więc wracamy. Zawrócić normalnie nie szło więc zarzucam tyłem a tu trach, jebs, łubudu i stoje. Spadł mój wykończony i zupełnie nie przygotowany do takich akrobacji łańcuch - ja bez żadnego klucza... Na nasze szczęście okazało się, że spadł tylko z tylniej zębatki więc ściągając górną gumę udało się go założyć. W drogę :) |
|||||||||